BokRobot 읽기판
도서
무료Trochę więcej wołowiny
Rudyard Kipling
버전 선택
– Trochę więcej wołowiny, proszę – powiedział gruby mężczyzna w szarych faworytach i w poplamionej kamizelce. – Nie można zjeść zbyt dużo dobrej wołowiny, nawet kiedy ceny rosną łeb w łeb. – Rozsiadł się wygodnie, aby załadować świeży ładunek.
Otóż w ten sposób gruby mężczyzna wszedł w posiadanie swojego posiłku. O tysiąc mil stąd rudy teksański stryk przygotowywał się do snu na noc w towarzystwie swoich współtowarzyszy, myriadiów swoich współtowarzyszy. Od świtu do późnego zmierzchu włóczył się po milach trawy i chrząkał dziko, gdy każdy kęs udowadniał jego umysłowi, że trawa nie była tym, czym znał ją w młodości. Ale stryk się mylił. To lato przyniosło wielką suszę w Montanie i Północnej Dakocie. Pasza dla bydła więdła z dnia na dzień, a roztropniejsi właściciele stad pisali na Wschód o paszę przemysłową. Tylko mały kaktus, który rośnie wraz z trawami, wydawał się być zadowolony. Bydło z pewnością nie; a kowboje od samego początku wiosny używali języka uważanego za bluźnierczy nawet jak na kowboja. To, co mówiły ich kuce, nigdy nie zostało zapisane.
Kuce miały najgorzej ze wszystkich i podczas każdego nocnego obozu szeptały sobie nawzajem o swoich tęsknotach za zimą, kiedy zostaną wypuszczone na zamarznięte pastwiska – obtarte od kłębu po słabiznę, ale bez jeźdźców – dzięki Bogu, bez jeźdźców. Na te rozmaite nieszczęścia słońce patrzyło z góry bezstronnie. Jego zadaniem było wysuszenie ziemi na skorupę i zniszczenie traw.
# book_id: global-gutenberg-translation-022d94ab0d9a4994ad880234e3bad1a8
# book_title: Trochę więcej wołowiny
# chapter_id: 1-troche-wiecej-wo-owiny
# chapter_title: Trochę więcej wołowiny
# book_page: 1 / 5
# chapter_page: 1
# language: pl
# content_format: markdown
# reading_structure: unknown
# render_mode: prose
– Trochę więcej wołowiny, proszę – powiedział gruby mężczyzna w szarych faworytach i w poplamionej kamizelce. – Nie można zjeść zbyt dużo dobrej wołowiny, nawet kiedy ceny rosną łeb w łeb. – Rozsiadł się wygodnie, aby załadować świeży ładunek.
Otóż w ten sposób gruby mężczyzna wszedł w posiadanie swojego posiłku. O tysiąc mil stąd rudy teksański stryk przygotowywał się do snu na noc w towarzystwie swoich współtowarzyszy, myriadiów swoich współtowarzyszy. Od świtu do późnego zmierzchu włóczył się po milach trawy i chrząkał dziko, gdy każdy kęs udowadniał jego umysłowi, że trawa nie była tym, czym znał ją w młodości. Ale stryk się mylił. To lato przyniosło wielką suszę w Montanie i Północnej Dakocie. Pasza dla bydła więdła z dnia na dzień, a roztropniejsi właściciele stad pisali na Wschód o paszę przemysłową. Tylko mały kaktus, który rośnie wraz z trawami, wydawał się być zadowolony. Bydło z pewnością nie; a kowboje od samego początku wiosny używali języka uważanego za bluźnierczy nawet jak na kowboja. To, co mówiły ich kuce, nigdy nie zostało zapisane.
Kuce miały najgorzej ze wszystkich i podczas każdego nocnego obozu szeptały sobie nawzajem o swoich tęsknotach za zimą, kiedy zostaną wypuszczone na zamarznięte pastwiska – obtarte od kłębu po słabiznę, ale bez jeźdźców – dzięki Bogu, bez jeźdźców. Na te rozmaite nieszczęścia słońce patrzyło z góry bezstronnie. Jego zadaniem było wysuszenie ziemi na skorupę i zniszczenie traw.Bydło – całe akry stłoczonego bydła – było niespokojne. Po pierwsze, były zmuszone rozproszyć się w poszukiwaniu wypasu; po drugie, upał dawał się we znaki ich nastrojom i sprawiał, że bodły się nawzajem swoimi długimi rogami. W sercu stada można było pomyśleć, że ludzie walczą na pałki. Na obrzeżach, ustawieni w odstępach co ćwierć mili, siedzieli na swoich kucach kowboje, z rondami kapeluszy zsuniętymi na opalone przez słońce nosy, ze stopami wysuniętymi z dużych brązowych skórzanych, osłoniętych strzemion, i z dłońmi zacisniętymi na łęku ciężkiego siodła, aby nie spadnąć na ziemię – ze snu. Kowboj potrafi spać w pełnym galopie; z drugiej jednak strony potrafi też nie spać w pełnym galopie przez czterdzieści osiem godzin i wykończyć w tym procesie sześć niesfornych bronco.
Lafe Parmalee; Shwink, Niemiec, który nie potrafił jeździć konno, ale miał ślepą miłość do bydła od zagrody do piętnowania do rzeźni; Michigan, zwany tak, ponieważ twierdził, że pochodzi z Kalifornii, ale nie mówił kalifornijskim językiem; Jim z San Diego, aby odróżnić go od innych Jimów, oraz Trup, byli strażą przednią stada. Trup zawdzięczał swoje imię wypowiedzi, rzuconej w pełni obfitego whiskey McBrayera, że kiedyś był absolwentem Corpus Christi. Mówił prawdę, ale do niewłaściwej publiczności. Mieszkańcy Elite Saloon, po kilku próbach załapania o co chodzi z tą nazwą, okrzyknęli mówcę Trupem, i dopóki zakładał popręg na bronco lub dzwonił ostrogą w promieniu czterystu mil od Livingston – tak, daleko na południu, aż do niezbadanych kresów Indian zjadaczy owiec – ziano o nim pod tym mało urokliwym imieniem. Jak przeszedł od college'u do bydła, nikt nie wiedział, a zgodnie z etykietą Zachodu nikt nie pytał.
# book_id: global-gutenberg-translation-022d94ab0d9a4994ad880234e3bad1a8
# book_title: Trochę więcej wołowiny
# chapter_id: 1-troche-wiecej-wo-owiny
# chapter_title: Trochę więcej wołowiny
# book_page: 2 / 5
# chapter_page: 2
# language: pl
# content_format: markdown
# reading_structure: unknown
# render_mode: prose
Bydło – całe akry stłoczonego bydła – było niespokojne. Po pierwsze, były zmuszone rozproszyć się w poszukiwaniu wypasu; po drugie, upał dawał się we znaki ich nastrojom i sprawiał, że bodły się nawzajem swoimi długimi rogami. W sercu stada można było pomyśleć, że ludzie walczą na pałki. Na obrzeżach, ustawieni w odstępach co ćwierć mili, siedzieli na swoich kucach kowboje, z rondami kapeluszy zsuniętymi na opalone przez słońce nosy, ze stopami wysuniętymi z dużych brązowych skórzanych, osłoniętych strzemion, i z dłońmi zacisniętymi na łęku ciężkiego siodła, aby nie spadnąć na ziemię – ze snu. Kowboj potrafi spać w pełnym galopie; z drugiej jednak strony potrafi też nie spać w pełnym galopie przez czterdzieści osiem godzin i wykończyć w tym procesie sześć niesfornych bronco.
Lafe Parmalee; Shwink, Niemiec, który nie potrafił jeździć konno, ale miał ślepą miłość do bydła od zagrody do piętnowania do rzeźni; Michigan, zwany tak, ponieważ twierdził, że pochodzi z Kalifornii, ale nie mówił kalifornijskim językiem; Jim z San Diego, aby odróżnić go od innych Jimów, oraz Trup, byli strażą przednią stada. Trup zawdzięczał swoje imię wypowiedzi, rzuconej w pełni obfitego whiskey McBrayera, że kiedyś był absolwentem Corpus Christi. Mówił prawdę, ale do niewłaściwej publiczności. Mieszkańcy Elite Saloon, po kilku próbach załapania o co chodzi z tą nazwą, okrzyknęli mówcę Trupem, i dopóki zakładał popręg na bronco lub dzwonił ostrogą w promieniu czterystu mil od Livingston – tak, daleko na południu, aż do niezbadanych kresów Indian zjadaczy owiec – ziano o nim pod tym mało urokliwym imieniem. Jak przeszedł od college'u do bydła, nikt nie wiedział, a zgodnie z etykietą Zachodu nikt nie pytał.W żadnym wypadku nie był nowicjuszem – nie miał niemęskiej słabości do mycia się, w najmniejszym stopniu nie sprzeciwiał się pojawianiu się na dzikich i wspaniałych zjazdach odbywających się co noc w „salonie panny Minnie”, którego jaskrawe ogłoszenie w najmniejszym stopniu nie zakłócało obyczajowości Wachoma Junction, i, podobnie jak jego towarzysze, był, będąc pijanym, gotów strzelać do wszystkiego lub do kogokolwiek. Nie był dumny. Zniżył się do tego, by wziąć w obroty i wyedukować młodego i obiecującego perkusistę z Chicago, który z nieszczęśliwego losu zaplątał się w tę dzicz, gdzie cała jego spryt na nic się zdał; i drżącą ręką tego młodzieńca – wyciągniętą na rozkaz – odstrzelił górną część kieliszka do wina. Trup był uznawany w masonerii tego fachu za „jednego z chłopaków C. M. R. i do tego twardego”.
C. M. R. kontrolowało dużo bydła, a ich rzeźnie w Chicago bulgotały krwią wołów przez cały dzień. Ich solona wołowina karmiła marynarza na morzu, a ich lodowane, najlepsze pierwszoklasowe mięso – gospodynię domową na przedmieściach Londynu. Nawet firma nie wiedziała, ilu kowbojów zatrudnia, ale wszyscy w firmie wiedzieli, że czternastego dnia lipca ich zagrody w Wachoma Junction zostaną zapełnione dwoma tysiącami sztuk bydła, gotowymi do natychmiastowego załadunku do Chicago, dopóki ceny wciąż były wysokie, a trawa jeszcze całkowicie nie uschła. Lafe, Michigan, Jim, Trup i inni wiedzieli o tym również i ogromnie się z tego cieszyli, ponieważ w Chicago mieli otrzymać zapłatę za swoją półroczną pracę, a potem dołożyć wszelkich starań, aby pomalować to miasto na najczystszą cynober. Upiją się; będą grać w karty i w inny sposób dobrze się bawić, dopóki nie zbankrutują; a potem zatrudnią się znowu.
# book_id: global-gutenberg-translation-022d94ab0d9a4994ad880234e3bad1a8
# book_title: Trochę więcej wołowiny
# chapter_id: 1-troche-wiecej-wo-owiny
# chapter_title: Trochę więcej wołowiny
# book_page: 3 / 5
# chapter_page: 3
# language: pl
# content_format: markdown
# reading_structure: unknown
# render_mode: prose
W żadnym wypadku nie był nowicjuszem – nie miał niemęskiej słabości do mycia się, w najmniejszym stopniu nie sprzeciwiał się pojawianiu się na dzikich i wspaniałych zjazdach odbywających się co noc w „salonie panny Minnie”, którego jaskrawe ogłoszenie w najmniejszym stopniu nie zakłócało obyczajowości Wachoma Junction, i, podobnie jak jego towarzysze, był, będąc pijanym, gotów strzelać do wszystkiego lub do kogokolwiek. Nie był dumny. Zniżył się do tego, by wziąć w obroty i wyedukować młodego i obiecującego perkusistę z Chicago, który z nieszczęśliwego losu zaplątał się w tę dzicz, gdzie cała jego spryt na nic się zdał; i drżącą ręką tego młodzieńca – wyciągniętą na rozkaz – odstrzelił górną część kieliszka do wina. Trup był uznawany w masonerii tego fachu za „jednego z chłopaków C. M. R. i do tego twardego”.
C. M. R. kontrolowało dużo bydła, a ich rzeźnie w Chicago bulgotały krwią wołów przez cały dzień. Ich solona wołowina karmiła marynarza na morzu, a ich lodowane, najlepsze pierwszoklasowe mięso – gospodynię domową na przedmieściach Londynu. Nawet firma nie wiedziała, ilu kowbojów zatrudnia, ale wszyscy w firmie wiedzieli, że czternastego dnia lipca ich zagrody w Wachoma Junction zostaną zapełnione dwoma tysiącami sztuk bydła, gotowymi do natychmiastowego załadunku do Chicago, dopóki ceny wciąż były wysokie, a trawa jeszcze całkowicie nie uschła. Lafe, Michigan, Jim, Trup i inni wiedzieli o tym również i ogromnie się z tego cieszyli, ponieważ w Chicago mieli otrzymać zapłatę za swoją półroczną pracę, a potem dołożyć wszelkich starań, aby pomalować to miasto na najczystszą cynober. Upiją się; będą grać w karty i w inny sposób dobrze się bawić, dopóki nie zbankrutują; a potem zatrudnią się znowu.Słońce skryło się za falistymi wzgórzami, a bydło zatrzymało się na noc, orzeźwione i ochłodzone przez lekki, błądzący wiatr. Matka rudego stryka została złapana w burzę gradową pięć lat temu. Dopóki nie poszła drogą wszelkiego bydlęcego ciała, nie przepuściła żadnej okazji, by pouczyć swojego syna, aby strzegł się gorącego dnia i zimnego wiatru, który nie wie, czego chce. „Kiedy wieje w pięć stron naraz – mówiła – i sprawia, że twoje rogi czują się nieswojo, uciekaj, mój synu. Idź za uświęconym tradycją instynktem naszego plemienia i biegnij. Ja uciekłam” – spojrzała z żalem na blizny na swoim boku – „ale to było w kraju z drutu kolczastego i to mnie bolało. Mimo wszystko, biegnij”. Rudy stryk żuł przeżuwany pokarm, a mały wiatr z ciemności bawił się wokół jego rogów – we wszystkie pięć stron naraz.
Kowboje podnieśli swoje głosy w nienadającą się do śpiewu pieśń, aby bydło wiedziało, gdzie są, i zaczęli powoli krążyć wokół leżącego stada. „Czy czyjeś rogi czują się nieswojo?” – zapytał rudy stryk swoich sąsiadów. „Moja matka mi powiedziała” – i powtórzył tę opowieść ku edyfikacji roczniaków i trzylatków dyszących ciężko u jego boku.
Pieśń kowbojów wzmogła się. Bydło pochyliło głowy. Ich ludzie byli pod ręką. Były bezpieczne. Coś stało się z cichymi gwiazdami. Gasły jedna po drugiej, a wiatr przybierał na sile. „Niech bóg błogosławi moje kopyta! – wymamrotał roczniak. – Moje rogi zaczynają czuć się nieswojo”. Rudy stryk miękko dźwignął się z ziemi. „Chodź stąd – rzekł do roczniaka. – Chodź na obrzeża i ruszmy się. Moja matka powiedziała...”. Niewinny głuptas poszedł za nim, a biała jałówka ujrzała, jak się poruszają. Będąc kobietą, naturalnie zaryczała: „Wilki szare!” i pobiegła ślepo przed siebie w płowe bydlę śniące o koniczynie. Nastąpił gromot wstającego na nogi bydła i potrójny trzask bata. Mały wiatr ustał na chwilę, by po chwili spaść na stado z wrzaskiem i kilkoma szczypiącymi kroplami gradu, które szczypały równie dotkliwie jak baty.
# book_id: global-gutenberg-translation-022d94ab0d9a4994ad880234e3bad1a8
# book_title: Trochę więcej wołowiny
# chapter_id: 1-troche-wiecej-wo-owiny
# chapter_title: Trochę więcej wołowiny
# book_page: 4 / 5
# chapter_page: 4
# language: pl
# content_format: markdown
# reading_structure: unknown
# render_mode: prose
Słońce skryło się za falistymi wzgórzami, a bydło zatrzymało się na noc, orzeźwione i ochłodzone przez lekki, błądzący wiatr. Matka rudego stryka została złapana w burzę gradową pięć lat temu. Dopóki nie poszła drogą wszelkiego bydlęcego ciała, nie przepuściła żadnej okazji, by pouczyć swojego syna, aby strzegł się gorącego dnia i zimnego wiatru, który nie wie, czego chce. „Kiedy wieje w pięć stron naraz – mówiła – i sprawia, że twoje rogi czują się nieswojo, uciekaj, mój synu. Idź za uświęconym tradycją instynktem naszego plemienia i biegnij. Ja uciekłam” – spojrzała z żalem na blizny na swoim boku – „ale to było w kraju z drutu kolczastego i to mnie bolało. Mimo wszystko, biegnij”. Rudy stryk żuł przeżuwany pokarm, a mały wiatr z ciemności bawił się wokół jego rogów – we wszystkie pięć stron naraz.
Kowboje podnieśli swoje głosy w nienadającą się do śpiewu pieśń, aby bydło wiedziało, gdzie są, i zaczęli powoli krążyć wokół leżącego stada. „Czy czyjeś rogi czują się nieswojo?” – zapytał rudy stryk swoich sąsiadów. „Moja matka mi powiedziała” – i powtórzył tę opowieść ku edyfikacji roczniaków i trzylatków dyszących ciężko u jego boku.
Pieśń kowbojów wzmogła się. Bydło pochyliło głowy. Ich ludzie byli pod ręką. Były bezpieczne. Coś stało się z cichymi gwiazdami. Gasły jedna po drugiej, a wiatr przybierał na sile. „Niech bóg błogosławi moje kopyta! – wymamrotał roczniak. – Moje rogi zaczynają czuć się nieswojo”. Rudy stryk miękko dźwignął się z ziemi. „Chodź stąd – rzekł do roczniaka. – Chodź na obrzeża i ruszmy się. Moja matka powiedziała...”. Niewinny głuptas poszedł za nim, a biała jałówka ujrzała, jak się poruszają. Będąc kobietą, naturalnie zaryczała: „Wilki szare!” i pobiegła ślepo przed siebie w płowe bydlę śniące o koniczynie. Nastąpił gromot wstającego na nogi bydła i potrójny trzask bata. Mały wiatr ustał na chwilę, by po chwili spaść na stado z wrzaskiem i kilkoma szczypiącymi kroplami gradu, które szczypały równie dotkliwie jak baty.
Stadko wpadło w kłus, w cwał, a potem w szalony galop. Czarny strach był za nimi, czarna noc z przodu. Ruszyli w noc, rycząc ze strachu; a u ich boku jechali mężczyźni z batami. Kuce chrząkały, czując szarpiące ostrogi. Wiedziały, że przed nimi całonocny galop, i biada nieszczęsnemu kajusowi, który potknął się w tej jeździe. Wtedy spadł grad – oślepiający, dławiący i smagający za jednym zamachem. Stado rozstąpiło się jak wachlarz. Rudy stryk poprowadził kontyngent w nieznane. Człowiek z batem jechał po jego prawym boku. Za nim błyskawica ukazała pole migoczących rogów i pyskówek poplamionych pianą; pole czerwonych, napiętych strachem oczu i kudłatych czół. Mężczyzna również obejrzałam się wstecz, a jego strach był większy niż strach zwierząt. Stado otoczyło go w ciemności.
Jego ocalenie tkwiło w nogach Whisky Peata – a Whisky Peat o tym wiedział – wiedział, dopóki niewidoczna nora susła nie przyjęła jego lewego przedniego kopyta, gdy napinał każdy nerw – w sercu pędzącego stada, z rudym strykiem u boku.

Wtedy, będąc tylko przepracowanym kajusem, Whisky Peat upadł, a rudy stryk wyobraził sobie, że na ziemi jest coś miękkiego.
To Michigan, Jim i Lafe w końcu zatrzymali stado, gdy pękał świt. „Co się stało z Trupem?” – zapytał Lafe. Jim poluzował popręgi swojego drżącego kuca i odpowiedział powoli: „Jeśli nie jestem cholernym głupcem, dżentelmen ten żyje teraz zgodnie ze swoim przeklętym mianem jakieś piętro mil z stąd – to, co z niego zostało i z kajusa”. „Chodźmy i spójrzmy” – powiedział Lafe, lekko wzdrygając się, bo poranne powietrze, musisz zrozumieć, było surowe. „Chodźmy do... o wiele gorętszego miejsca niż Teksas” – odparł Jim. „Najpierw zapędź stada do Junction. Zgaduję, że to, co zostało z Trupa, poczeka”.
I tak było. I w ten sposób gruby mężczyzna w Chicago dostał swoją wołowinę. Należała do rudego stryka.
# book_id: global-gutenberg-translation-022d94ab0d9a4994ad880234e3bad1a8
# book_title: Trochę więcej wołowiny
# chapter_id: 1-troche-wiecej-wo-owiny
# chapter_title: Trochę więcej wołowiny
# book_page: 5 / 5
# chapter_page: 5
# language: pl
# content_format: markdown
# reading_structure: unknown
# render_mode: prose
Stadko wpadło w kłus, w cwał, a potem w szalony galop. Czarny strach był za nimi, czarna noc z przodu. Ruszyli w noc, rycząc ze strachu; a u ich boku jechali mężczyźni z batami. Kuce chrząkały, czując szarpiące ostrogi. Wiedziały, że przed nimi całonocny galop, i biada nieszczęsnemu kajusowi, który potknął się w tej jeździe. Wtedy spadł grad – oślepiający, dławiący i smagający za jednym zamachem. Stado rozstąpiło się jak wachlarz. Rudy stryk poprowadził kontyngent w nieznane. Człowiek z batem jechał po jego prawym boku. Za nim błyskawica ukazała pole migoczących rogów i pyskówek poplamionych pianą; pole czerwonych, napiętych strachem oczu i kudłatych czół. Mężczyzna również obejrzałam się wstecz, a jego strach był większy niż strach zwierząt. Stado otoczyło go w ciemności.
Jego ocalenie tkwiło w nogach _Whisky Peata_ – a _Whisky Peat_ o tym wiedział – wiedział, dopóki niewidoczna nora susła nie przyjęła jego lewego przedniego kopyta, gdy napinał każdy nerw – w sercu pędzącego stada, z rudym strykiem u boku.
Wtedy, będąc tylko przepracowanym kajusem, _Whisky Peat_ upadł, a rudy stryk wyobraził sobie, że na ziemi jest coś miękkiego.
* * * * *
To Michigan, Jim i Lafe w końcu zatrzymali stado, gdy pękał świt. „Co się stało z Trupem?” – zapytał Lafe. Jim poluzował popręgi swojego drżącego kuca i odpowiedział powoli: „Jeśli nie jestem cholernym głupcem, dżentelmen ten żyje teraz zgodnie ze swoim przeklętym mianem jakieś piętro mil z stąd – to, co z niego zostało i z kajusa”. „Chodźmy i spójrzmy” – powiedział Lafe, lekko wzdrygając się, bo poranne powietrze, musisz zrozumieć, było surowe. „Chodźmy do... o wiele gorętszego miejsca niż Teksas” – odparł Jim. „Najpierw zapędź stada do Junction. Zgaduję, że to, co zostało z Trupa, poczeka”.
I tak było. I w ten sposób gruby mężczyzna w Chicago dostał swoją wołowinę. Należała do rudego stryka.
BokRobot
BokRobot brings together books and fairy tales to read and explore. Discover a growing collection, or create books and fairy tales of your own.