BokRobot reading edition
Books
FreeKoza
Otto Ernst Schmidt
Choose version
Sprawa zaczęła się bardzo niewinnie. Kiedy kilka lat temu spacerowałem z Roswithą, zapytała mnie: „Tato, czy lubisz patrzeć, jak kozy cierpią?”
W zasadzie nie mogę powiedzieć, że uważam uroki kóz za czymś przytłaczającym; w końcu nie są to najpiękniejsze ani najsympatyczniejsze panie, które można nazwać kozami. Odpowiedziałem więc powoli, przeciągle i bez najmniejszego zapału:
„No cóż – hm – jakby to wziąć – dlaczego nie?”
„Ja to strasznie lubię!” – westchnęła Roswitha. „Uwielbiam takie małe, młode kozy!”
Tak, kiedy są jeszcze małe, nawet ludzie są uroczy. Pomyślałem, ale oczywiście nic nie powiedziałem.
Wydawało się, że ten temat został już wyczerpany.
Wtedy mieliśmy tylko niewielki ogród, w którym oczywiście stało kilka starych, potężnych drzew, ale właśnie z tego powodu trawa i zioła rosły tam skromnie.
Po miesiącach spacerowaliśmy po przepięknym, ogromnym parku – parku, którego najbogatszy król nie musiałby się wstydzić, parku jak małe księstwo, z wzgórzami i dolinami, stawami i świątyniami, altanami różanymi i łąkami.
„Tato” – zapytała Roswitha – „gdyby ten pan, do którego należy ten park, chciał go ci sprzedać – kupiłbyś go?”
„Nie” – odparłem z całkowitą jasnością. Dobrze wiedziałem, dlaczego.
„Ale gdyby chciał ci go podarować – wziąłbyś go?”
„Tak” – odparłem z jeszcze większą jasnością. Wydawało mi się, że w tym przypadku nie ma miejsca na fałszywy wstyd.
„Ja też!” – krzyknęła triumfująco Roswitha. „A wiesz, co bym wtedy zrobiła?”
„Hm?”
„Kupiłabym sobie słodką, małą kozę i wypuściłabym ją na łąkę. Bo wtedy miałaby dość jedzenia, prawda?”
„Tak myślę.”
Zostaliśmy rozproszeni krzykiem radującego się pawia, a ja nie starałem się podjąć porzuconego tematu. A Roswitha zdawała się czuć: Na dziś wystarczy. Nie należy niczego forsować.
Nie można wystarczająco uważnie monitorować lektur swoich dzieci. Ja tego zaniedbałem: Roswitha natrafiła na historię z kozą w roli głównej. Była to „Heidi” Johanny Spyri – z pewnością sympatyczna historia, gdyby nie była o koźce o imieniu „Schneehöppli”. Poprzez imiona utrwalamy pojęcia, zakorzeniamy je w naszej pamięci. Teraz tęsknota Roswithy miała imię: „Schneehöppli”; teraz ta tęsknota była zakorzeniona.
# book_id: global-gutenberg-translation-62db5a59fb9047539aca8eed1010dc56
# book_title: Koza
# chapter_id: 1-koza
# chapter_title: Koza
# book_page: 1 / 10
# chapter_page: 1
# language: pl
# content_format: markdown
# reading_structure: unknown
# render_mode: prose
Sprawa zaczęła się bardzo niewinnie. Kiedy kilka lat temu spacerowałem z Roswithą, zapytała mnie: „Tato, czy lubisz patrzeć, jak kozy cierpią?”
W zasadzie nie mogę powiedzieć, że uważam uroki kóz za czymś przytłaczającym; w końcu nie są to najpiękniejsze ani najsympatyczniejsze panie, które można nazwać kozami. Odpowiedziałem więc powoli, przeciągle i bez najmniejszego zapału:
„No cóż – hm – jakby to wziąć – dlaczego nie?”
„Ja to strasznie lubię!” – westchnęła Roswitha. „Uwielbiam takie małe, młode kozy!”
Tak, kiedy są jeszcze małe, nawet ludzie są uroczy. Pomyślałem, ale oczywiście nic nie powiedziałem.
Wydawało się, że ten temat został już wyczerpany.
Wtedy mieliśmy tylko niewielki ogród, w którym oczywiście stało kilka starych, potężnych drzew, ale właśnie z tego powodu trawa i zioła rosły tam skromnie.
Po miesiącach spacerowaliśmy po przepięknym, ogromnym parku – parku, którego najbogatszy król nie musiałby się wstydzić, parku jak małe księstwo, z wzgórzami i dolinami, stawami i świątyniami, altanami różanymi i łąkami.
„Tato” – zapytała Roswitha – „gdyby ten pan, do którego należy ten park, chciał go ci sprzedać – kupiłbyś go?”
„Nie” – odparłem z całkowitą jasnością. Dobrze wiedziałem, dlaczego.
„Ale gdyby chciał ci go podarować – wziąłbyś go?”
„Tak” – odparłem z jeszcze większą jasnością. Wydawało mi się, że w tym przypadku nie ma miejsca na fałszywy wstyd.
„Ja też!” – krzyknęła triumfująco Roswitha. „A wiesz, co bym wtedy zrobiła?”
„Hm?”
„Kupiłabym sobie słodką, małą kozę i wypuściłabym ją na łąkę. Bo wtedy miałaby dość jedzenia, prawda?”
„Tak myślę.”
Zostaliśmy rozproszeni krzykiem radującego się pawia, a ja nie starałem się podjąć porzuconego tematu. A Roswitha zdawała się czuć: Na dziś wystarczy. Nie należy niczego forsować.
Nie można wystarczająco uważnie monitorować lektur swoich dzieci. Ja tego zaniedbałem: Roswitha natrafiła na historię z kozą w roli głównej. Była to „Heidi” Johanny Spyri – z pewnością sympatyczna historia, gdyby nie była o koźce o imieniu „Schneehöppli”. Poprzez imiona utrwalamy pojęcia, zakorzeniamy je w naszej pamięci. Teraz tęsknota Roswithy miała imię: „Schneehöppli”; teraz ta tęsknota była zakorzeniona.„Kiedy wyjdę za mąż, będę mogła robić, co mi się podoba, prawda?”
Uznała moje milczenie za zgodę.
»– a jeśli poślubię Ludwiga, to kupię sobie kozę, i będzie się ona nazywać „Schneehöppli”. Jeśli poślubię Fritza, to on chce mieć troje dzieci; ale jeśli poślubię Ludwiga, to on nie chce mieć żadnych dzieci, więc zaopatrzę nas w kozę.«
Z czasem termin zakupu kozy przesunął się znacznie do przodu. „Gdy będę dorosła, to kupię sobie –” i tak dalej.
„Gdy już nie będę chodziła do szkoły i będę miała cały dzień wolny, to kupię sobie –” i tak dalej.
Starsza siostra Roswithy, Herta, od pewnego czasu zarabiała pieniądze. Stało się to tak: moja żona i ja jesteśmy zgodni co do tego, że nawet perfekcyjnie zagrana sonata Beethovena ani umiejętność mówienia „Comment vous portez-vous” i „I am very glad to see you” oraz podobnych, kulturalnych zwrotów nie są w zupełności wystarczające do walki o byt kobiety. Dlatego nasze córki uczą się prawdziwego zawodu, a Herta żywo interesowała się pracami domowymi. Stała się uczennicą swojej matki i musiała służyć od podstaw – jeśli to urządzenie, którym szoruje się podłogę, można nazwać „piką”. Dostała imię „Minna”, była nazywana „panią” i otrzymywała pięćdziesiąt talarów rocznie za swoją pracę, a poza tym, że czasami przyjmowała nieco poufny ton wobec gospodarzy i od czasu do czasu całowała gospodarza, wykonywała swoje obowiązki sumiennie.
»Gdy będę tak dorosła jak Herta – powiedziała Roswitha – to też będę służyć u was, a wtedy też będę zarabiać pieniądze i kupię sobie kozę.« Wyobrażała sobie, że kózka kosztuje kilka tysięcy marek, a my staraliśmy się jak najmocniej nie wyjaśniać tej dobroczynnej niejasności.
# book_id: global-gutenberg-translation-62db5a59fb9047539aca8eed1010dc56
# book_title: Koza
# chapter_id: 1-koza
# chapter_title: Koza
# book_page: 2 / 10
# chapter_page: 2
# language: pl
# content_format: markdown
# reading_structure: unknown
# render_mode: prose
„Kiedy wyjdę za mąż, będę mogła robić, co mi się podoba, prawda?”
Uznała moje milczenie za zgodę.
»– a jeśli poślubię Ludwiga, to kupię sobie kozę, i będzie się ona nazywać „Schneehöppli”. Jeśli poślubię Fritza, to on chce mieć troje dzieci; ale jeśli poślubię Ludwiga, to on nie chce mieć żadnych dzieci, więc zaopatrzę nas w kozę.«
Z czasem termin zakupu kozy przesunął się znacznie do przodu. „Gdy będę dorosła, to kupię sobie –” i tak dalej.
„Gdy już nie będę chodziła do szkoły i będę miała cały dzień wolny, to kupię sobie –” i tak dalej.
Starsza siostra Roswithy, Herta, od pewnego czasu zarabiała pieniądze. Stało się to tak: moja żona i ja jesteśmy zgodni co do tego, że nawet perfekcyjnie zagrana sonata Beethovena ani umiejętność mówienia „Comment vous portez-vous” i „I am very glad to see you” oraz podobnych, kulturalnych zwrotów nie są w zupełności wystarczające do walki o byt kobiety. Dlatego nasze córki uczą się prawdziwego zawodu, a Herta żywo interesowała się pracami domowymi. Stała się uczennicą swojej matki i musiała służyć od podstaw – jeśli to urządzenie, którym szoruje się podłogę, można nazwać „piką”. Dostała imię „Minna”, była nazywana „panią” i otrzymywała pięćdziesiąt talarów rocznie za swoją pracę, a poza tym, że czasami przyjmowała nieco poufny ton wobec gospodarzy i od czasu do czasu całowała gospodarza, wykonywała swoje obowiązki sumiennie.
»Gdy będę tak dorosła jak Herta – powiedziała Roswitha – to też będę służyć u was, a wtedy też będę zarabiać pieniądze i kupię sobie kozę.« Wyobrażała sobie, że kózka kosztuje kilka tysięcy marek, a my staraliśmy się jak najmocniej nie wyjaśniać tej dobroczynnej niejasności.Od czasu do czasu Roswitha zastępowała metodę bezpośrednią metodą pośrednią. Wtedy nie mówiła do rodziców, lecz do rodzeństwa o kozach, oczywiście tylko wtedy, gdy przynajmniej jedno z rodziców było w zasięgu słyszenia. Opisywała w żywych barwach ich narodziny i rozwój, życie i zachowanie, skakanie i beczenie – krótko mówiąc: ich zachwycające piękno i wdzięk. Od czasu do czasu dobiegało mnie z dołu badawcze spojrzenie, które widziałem nawet wtedy, gdy na nią nie patrzyłem; dostrzegałem je tymi oczami, które ma się z tyłu głowy i po obu jej bokach.
Kiedy znów zbliżały się Święta Bożego Narodzenia, doszło do małej potyczki na przedpolu. Zapytano Roswithę o jej życzenia.
»Moim największym pragnieniem jest oczywiście koza; ale –«
»Ale, kochanie« – zawołała moja żona – »jakże mielibyśmy trzymać kozę tutaj, w mieście? Gdybyśmy zaopatrzyli się w takie zwierzątko, musiało by ono mieć swoje prawa! Gdzie mielibyśmy je umieścić?«
»Hm« – powiedziała Roswitha, zamyślona – »w kuchni na pewno nie może być.«
»Nie« – oświadczyła stanowczo moja żona – »w kuchni nie może być!« Ten próbny balon pękł.
»To biedne zwierzątko nie czułoby się u nas dobrze« – zapewniła moja żona.
Tym trafiała w słabe miejsce w sercu Roswithy. Nie, jeśli zwierzątko nie czułoby się dobrze, to nie wchodziło w rachubę; ona to widziała, przynajmniej przez kilka miesięcy. Bo ludzkie zrozumienie rzadko trwa dłużej, gdyż w międzyczasie trzcina pragnień znów mocno wyrosła.
Niestety, musiała poradzić sobie z Robinsonem. Jeśli Heidi miała kozę, to Robinson miał całą wyspę pełną dzikich kóz, spośród których mógł sobie wybrać. Jestem przekonany, że ten biedny oszust wydał jej się najbardziej godnym pozazdroszczenia spośród ludzi, bo mógł dosłownie rozkoszować się kozami.
# book_id: global-gutenberg-translation-62db5a59fb9047539aca8eed1010dc56
# book_title: Koza
# chapter_id: 1-koza
# chapter_title: Koza
# book_page: 3 / 10
# chapter_page: 3
# language: pl
# content_format: markdown
# reading_structure: unknown
# render_mode: prose
Od czasu do czasu Roswitha zastępowała metodę bezpośrednią metodą pośrednią. Wtedy nie mówiła do rodziców, lecz do rodzeństwa o kozach, oczywiście tylko wtedy, gdy przynajmniej jedno z rodziców było w zasięgu słyszenia. Opisywała w żywych barwach ich narodziny i rozwój, życie i zachowanie, skakanie i beczenie – krótko mówiąc: ich zachwycające piękno i wdzięk. Od czasu do czasu dobiegało mnie z dołu badawcze spojrzenie, które widziałem nawet wtedy, gdy na nią nie patrzyłem; dostrzegałem je tymi oczami, które ma się z tyłu głowy i po obu jej bokach.
Kiedy znów zbliżały się Święta Bożego Narodzenia, doszło do małej potyczki na przedpolu. Zapytano Roswithę o jej życzenia.
»Moim największym pragnieniem jest oczywiście koza; ale –«
»Ale, kochanie« – zawołała moja żona – »jakże mielibyśmy trzymać kozę tutaj, w mieście? Gdybyśmy zaopatrzyli się w takie zwierzątko, musiało by ono mieć swoje prawa! Gdzie mielibyśmy je umieścić?«
»Hm« – powiedziała Roswitha, zamyślona – »w kuchni na pewno nie może być.«
»Nie« – oświadczyła stanowczo moja żona – »w kuchni nie może być!« Ten próbny balon pękł.
»To biedne zwierzątko nie czułoby się u nas dobrze« – zapewniła moja żona.
Tym trafiała w słabe miejsce w sercu Roswithy. Nie, jeśli zwierzątko nie czułoby się dobrze, to nie wchodziło w rachubę; ona to widziała, przynajmniej przez kilka miesięcy. Bo ludzkie zrozumienie rzadko trwa dłużej, gdyż w międzyczasie trzcina pragnień znów mocno wyrosła.
Niestety, musiała poradzić sobie z Robinsonem. Jeśli Heidi miała kozę, to Robinson miał całą wyspę pełną dzikich kóz, spośród których mógł sobie wybrać. Jestem przekonany, że ten biedny oszust wydał jej się najbardziej godnym pozazdroszczenia spośród ludzi, bo mógł dosłownie rozkoszować się kozami.A potem kupiłem dom na wsi, i zanim jeszcze mogliśmy się tam wprowadzić, codziennie wyjeżdżaliśmy i odnajdywaliśmy ukojenie w świeżej, nieskażonej naturze, w pachnących gajach i żywopłotach, na soczyście zielonych łąkach, na których wreszcie można było zobaczyć bydło chodzące bez ubrania. W końcu objęliśmy władanie nad domem i okazałym ogrodem, który miał cztery mniej lub bardziej okazałe trawniki. Gdy Roswitha zaczęła opowiadać swoim rodzeństwu o Heidi, Robinsonie, Polyphemie i podobnych szczęściarzach, jej spojrzenie nabierało czegoś przeszywającego, palącego; przenikało przez spodnie i koszulę, aż do samej skóry, jak promienie słoneczne wychodzące z soczewki.
Aby położyć temu kres, podarowaliśmy jej psa rasy jamnik o imieniu Männe. Na utrzymywanie, pielęgnację i tresowanie psa nasze doświadczenie i talenty pedagogiczne wobec zwierząt wystarczały co najwyżej. Ten jamnik wreszcie zapewnił nam spokój. Brzmi to może sprzecznie, ale jest to prawda; dusza zaznała spokoju.
Spokój przez rok i pięć miesięcy. Potem stało się nam jasne, że psy należy traktować jedynie jako zaliczkę na kozy. Co więcej: Roswitha uważała Männe jedynie za sumę narosłych odsetek; dług pozostawał niespłacony jak zawsze.
Pewnego dnia jakiś nieszczęśliwy chłopiec z wioski musiał jej powiedzieć, że może sprzedać jej małą kozę za markę pięćdziesiąt.
Roztrzęsiona Roswitha wróciła do domu.
»Tato! Mamo! Koza kosztuje przecież tylko jedną markę pięćdziesiąt! Mam przecież pięć marek w swojej skarbonce; mogę sobie taką kupić?«
»Drogie Roswitha, nie chodzi o te markę pięćdziesiąt; koza potrzebuje przecież także porządnej stajni, a takiej nie mamy i nie możemy jej nawet umieścić w naszym ogrodzie.«
Tak zakończył się ten atak.
Tydzień później, podczas spaceru, nagle zmusiła mnie, bym zatrzymał się.
»Tato, chciałbyś mieć ten dom?«
»Nie za darmo!« — odpowiedziałem stanowczo. Była to tak zwana „willa” w najbardziej przerażającym stylu murarskim, jaki można sobie wyobrazić.
»Chciałabym go mieć!« — wyszeptała z tęsknotą.
»Nanu?« — krzyknąłem. Niechcący ponownie spojrzałem na szafkę z fantazyjnymi wzorami z cementu. »Dlaczego?«
»Za nim jest stajnia« — powiedziała z zachwytem.
# book_id: global-gutenberg-translation-62db5a59fb9047539aca8eed1010dc56
# book_title: Koza
# chapter_id: 1-koza
# chapter_title: Koza
# book_page: 4 / 10
# chapter_page: 4
# language: pl
# content_format: markdown
# reading_structure: unknown
# render_mode: prose
A potem kupiłem dom na wsi, i zanim jeszcze mogliśmy się tam wprowadzić, codziennie wyjeżdżaliśmy i odnajdywaliśmy ukojenie w świeżej, nieskażonej naturze, w pachnących gajach i żywopłotach, na soczyście zielonych łąkach, na których wreszcie można było zobaczyć bydło chodzące bez ubrania. W końcu objęliśmy władanie nad domem i okazałym ogrodem, który miał cztery mniej lub bardziej okazałe trawniki. Gdy Roswitha zaczęła opowiadać swoim rodzeństwu o Heidi, Robinsonie, Polyphemie i podobnych szczęściarzach, jej spojrzenie nabierało czegoś przeszywającego, palącego; przenikało przez spodnie i koszulę, aż do samej skóry, jak promienie słoneczne wychodzące z soczewki.
Aby położyć temu kres, podarowaliśmy jej psa rasy jamnik o imieniu Männe. Na utrzymywanie, pielęgnację i tresowanie psa nasze doświadczenie i talenty pedagogiczne wobec zwierząt wystarczały co najwyżej. Ten jamnik wreszcie zapewnił nam spokój. Brzmi to może sprzecznie, ale jest to prawda; dusza zaznała spokoju.
Spokój przez rok i pięć miesięcy. Potem stało się nam jasne, że psy należy traktować jedynie jako zaliczkę na kozy. Co więcej: Roswitha uważała Männe jedynie za sumę narosłych odsetek; dług pozostawał niespłacony jak zawsze.
Pewnego dnia jakiś nieszczęśliwy chłopiec z wioski musiał jej powiedzieć, że może sprzedać jej małą kozę za markę pięćdziesiąt.
Roztrzęsiona Roswitha wróciła do domu.
»Tato! Mamo! Koza kosztuje przecież tylko jedną markę pięćdziesiąt! Mam przecież pięć marek w swojej skarbonce; mogę sobie taką kupić?«
»Drogie Roswitha, nie chodzi o te markę pięćdziesiąt; koza potrzebuje przecież także porządnej stajni, a takiej nie mamy i nie możemy jej nawet umieścić w naszym ogrodzie.«
Tak zakończył się ten atak.
Tydzień później, podczas spaceru, nagle zmusiła mnie, bym zatrzymał się.
»Tato, chciałbyś mieć ten dom?«
»Nie za darmo!« — odpowiedziałem stanowczo. Była to tak zwana „willa” w najbardziej przerażającym stylu murarskim, jaki można sobie wyobrazić.
»Chciałabym go mieć!« — wyszeptała z tęsknotą.
»Nanu?« — krzyknąłem. Niechcący ponownie spojrzałem na szafkę z fantazyjnymi wzorami z cementu. »Dlaczego?«
»Za nim jest stajnia« — powiedziała z zachwytem.Los toczył swój bieg jak w dramacie losu. Dzieci sąsiadów, z którymi Roswitha czasami się bawiła, otrzymały w prezencie kozę.
To miało jedną dobrą stronę: gdy Roswithy nie było ani w domu, ani w ogrodzie, nie musieliśmy się martwić; wystarczyło pójść do sąsiedzkiej kozy, a tam była. Musiała odejść od kozy, by zjeść, musiała zostać odciągnięta od kozy do łóżka.
A pewnego ranka, podczas śniadania, zaczęła mówić:
»Tato, wiem coś. Na dole, w piwnicy, mamy przecież taką dużą skrzynię na książki, prawda?«
»Tak!«
»Po prostu zrobimy w niej drzwi, a wtedy będzie to stajnia dla kóz.«
Straciłem cierpliwość.
»Roswitha«, powiedziałem poważnie, »teraz wreszcie skończysz z tą swoją kozą; mam już tego dość. Nie dostaniesz żadnej kozy, i kropka. Schrumm!«
Być może nie powinienem był powiedzieć „Schrumm”; nie pasuje to do powagi ultimatum.
Ale zakaz zadziałał. Roswitha nie mówiła już ani o stajni, ani o kozie, nawet w najmniejszym stopniu, nawet swoim rodzeństwu.
Od tego czasu chodziła cicho, ale nie była ani smutna, ani przygnębiona; miała jedynie dumnie spiętą siłę wyrzeczonej osoby, która dźwiga to, co nieuniknione, bo trzeba to dźwigać, i rekompensuje sobie utracone radości świata wzbogaconym życiem wewnętrznym.
Być może było to trochę surowe z mojej strony, że nie spełniłem jej najgorętszego życzenia. Ale zarówno moja żona, jak i ja mamy tak niewiele wspólnego z hodowlą zwierząt – zarówno pod względem uzdolnień, jak i stylu życia – że wręcz baliśmy się narzucać sobie takie brzemię. W końcu nie powinno się spełniać dzieciom każdego życzenia. I tak już są zdecydowanie zbyt rozpieszczone. Nic im nie zaszkodzi, jeśli choć raz zderzą się nosem z zamkniętymi drzwiami. Życie pokaże im jeszcze wiele takich drzwi. Roswitha wydawała się bardziej opanowana dzięki temu wyrzeczeniu; jej oczy, cała jej twarz, zdawały się stać się bardziej pełne ducha.
W późną noc wróciliśmy z wesołego towarzystwa do domu i właśnie mieliśmy się położyć do łóżka, gdy na nocnym stoliku zauważyliśmy list. Na kopercie widniał napis: „Do Mamusi i Tatusia” – pismo ręki Roswithy. Otworzyliśmy go i przeczytaliśmy wspólnie:

# book_id: global-gutenberg-translation-62db5a59fb9047539aca8eed1010dc56
# book_title: Koza
# chapter_id: 1-koza
# chapter_title: Koza
# book_page: 5 / 10
# chapter_page: 5
# language: pl
# content_format: markdown
# reading_structure: unknown
# render_mode: prose
Los toczył swój bieg jak w dramacie losu. Dzieci sąsiadów, z którymi Roswitha czasami się bawiła, otrzymały w prezencie kozę.
To miało jedną dobrą stronę: gdy Roswithy nie było ani w domu, ani w ogrodzie, nie musieliśmy się martwić; wystarczyło pójść do sąsiedzkiej kozy, a tam była. Musiała odejść od kozy, by zjeść, musiała zostać odciągnięta od kozy do łóżka.
A pewnego ranka, podczas śniadania, zaczęła mówić:
»Tato, wiem coś. Na dole, w piwnicy, mamy przecież taką dużą skrzynię na książki, prawda?«
»Tak!«
»Po prostu zrobimy w niej drzwi, a wtedy będzie to stajnia dla kóz.«
Straciłem cierpliwość.
»Roswitha«, powiedziałem poważnie, »teraz wreszcie skończysz z tą swoją kozą; mam już tego dość. Nie dostaniesz żadnej kozy, i kropka. Schrumm!«
Być może nie powinienem był powiedzieć „Schrumm”; nie pasuje to do powagi ultimatum.
Ale zakaz zadziałał. Roswitha nie mówiła już ani o stajni, ani o kozie, nawet w najmniejszym stopniu, nawet swoim rodzeństwu.
Od tego czasu chodziła cicho, ale nie była ani smutna, ani przygnębiona; miała jedynie dumnie spiętą siłę wyrzeczonej osoby, która dźwiga to, co nieuniknione, bo trzeba to dźwigać, i rekompensuje sobie utracone radości świata wzbogaconym życiem wewnętrznym.
Być może było to trochę surowe z mojej strony, że nie spełniłem jej najgorętszego życzenia. Ale zarówno moja żona, jak i ja mamy tak niewiele wspólnego z hodowlą zwierząt – zarówno pod względem uzdolnień, jak i stylu życia – że wręcz baliśmy się narzucać sobie takie brzemię. W końcu nie powinno się spełniać dzieciom każdego życzenia. I tak już są zdecydowanie zbyt rozpieszczone. Nic im nie zaszkodzi, jeśli choć raz zderzą się nosem z zamkniętymi drzwiami. Życie pokaże im jeszcze wiele takich drzwi. Roswitha wydawała się bardziej opanowana dzięki temu wyrzeczeniu; jej oczy, cała jej twarz, zdawały się stać się bardziej pełne ducha.
W późną noc wróciliśmy z wesołego towarzystwa do domu i właśnie mieliśmy się położyć do łóżka, gdy na nocnym stoliku zauważyliśmy list. Na kopercie widniał napis: „Do Mamusi i Tatusia” – pismo ręki Roswithy. Otworzyliśmy go i przeczytaliśmy wspólnie:»Moje słodkie, ukochane rodzice, proszę, proszę, podarujcie mi choćby malutką kozę. Nie chcę niczego na urodziny ani na Boże Narodzenie, a ponadto bardzo postaram się o poprawność ortograficzną – zobaczycie, Mamusiu, kiedy dorosnę, będę pisać zupełnie poprawnie. Chcę też stać się dobrą osobą i nigdy więcej nie być gwałtowną ani zagniewaną. Bardzo, bardzo proszę, podarujcie mi kozę. Kiedy Mamusia mnie poucza, myślę tylko o tej kozie. Tysiące miliardów buziaków od waszej
Roswithy.«
Co więcej mogę powiedzieć? Następnego ranka zgodziliśmy się na kozę.

Efekt był niespodziewany. Roswitha chciała podbiec do nas; ale nagle opadła na krzesło i wybuchła przeraźliwym szlochaniem i kwileniem.
Z przerażeniem podbiegliśmy: »Co się stało? Czego ci brakuje, dziecko?
«
»Uuhuhuhuu, tak się cieszę – tak się cieszę – uuhuhuhuuu!«
Kiedy walczyła o swoją kozę, nigdy – trzeba jej to przyznać – nigdy nie próbowała wywołać u mnie współczucia łzami. Teraz nagromadzone emocje wybuchły z całą siłą.
Gdy tylko uspokoiła się, wyruszyła na poszukiwanie chłopca z kozą za piętnaście groszy. I znalazła go, a on uroczyście zobowiązał się dostarczyć kozę następnego dnia. Gdy następnej nocy sen ukazał jej łąki, z pewnością wszystkie były pełne kóz.
Następny dzień nadszedł, lecz ani chłopca, ani kozy. Cierpliwie czekała do wieczora, a potem powiedziała: „No cóż, pewnie nie miał czasu: z pewnością przyjdzie jutro; przecież mi to wyraźnie obiecał”.
Jednakże ten fałszywy chłopak nie przyszedł ani następnego dnia. Roswitha szukała go po całej wsi przez wiele godzin, lecz na próżno; w pośpiechu radości nie zapytała o jego adres. Poszła cicho spać; lecz gdy następnego ranka moja żona ją obudziła, jej poduszka była mokra od łez.
„Płakałaś dziś w nocy, dziecko?” – zapytała matka.
„Nie wiem” – odpowiedziała Roswitha. Naprawdę nie wiedziała.
# book_id: global-gutenberg-translation-62db5a59fb9047539aca8eed1010dc56
# book_title: Koza
# chapter_id: 1-koza
# chapter_title: Koza
# book_page: 6 / 10
# chapter_page: 6
# language: pl
# content_format: markdown
# reading_structure: unknown
# render_mode: prose
»Moje słodkie, ukochane rodzice, proszę, proszę, podarujcie mi choćby malutką kozę. Nie chcę niczego na urodziny ani na Boże Narodzenie, a ponadto bardzo postaram się o poprawność ortograficzną – zobaczycie, Mamusiu, kiedy dorosnę, będę pisać zupełnie poprawnie. Chcę też stać się dobrą osobą i nigdy więcej nie być gwałtowną ani zagniewaną. Bardzo, bardzo proszę, podarujcie mi kozę. Kiedy Mamusia mnie poucza, myślę tylko o tej kozie. Tysiące miliardów buziaków od waszej
Roswithy.«
Co więcej mogę powiedzieć? Następnego ranka zgodziliśmy się na kozę.
Efekt był niespodziewany. Roswitha chciała podbiec do nas; ale nagle opadła na krzesło i wybuchła przeraźliwym szlochaniem i kwileniem.
Z przerażeniem podbiegliśmy: »Co się stało? Czego ci brakuje, dziecko?
«
»Uuhuhuhuu, tak się cieszę – tak się cieszę – uuhuhuhuuu!«
Kiedy walczyła o swoją kozę, nigdy – trzeba jej to przyznać – nigdy nie próbowała wywołać u mnie współczucia łzami. Teraz nagromadzone emocje wybuchły z całą siłą.
Gdy tylko uspokoiła się, wyruszyła na poszukiwanie chłopca z kozą za piętnaście groszy. I znalazła go, a on uroczyście zobowiązał się dostarczyć kozę następnego dnia. Gdy następnej nocy sen ukazał jej łąki, z pewnością wszystkie były pełne kóz.
Następny dzień nadszedł, lecz ani chłopca, ani kozy. Cierpliwie czekała do wieczora, a potem powiedziała: „No cóż, pewnie nie miał czasu: z pewnością przyjdzie jutro; przecież mi to wyraźnie obiecał”.
Jednakże ten fałszywy chłopak nie przyszedł ani następnego dnia. Roswitha szukała go po całej wsi przez wiele godzin, lecz na próżno; w pośpiechu radości nie zapytała o jego adres. Poszła cicho spać; lecz gdy następnego ranka moja żona ją obudziła, jej poduszka była mokra od łez.
„Płakałaś dziś w nocy, dziecko?” – zapytała matka.
„Nie wiem” – odpowiedziała Roswitha. Naprawdę nie wiedziała.Tymczasem wybudowano prowizoryczną stajnię, a nadeszła wiadomość, że pewien rolnik z wioski ma kozy na sprzedaż. Wtedy Herta, Roswitha i Männe wyruszyli wozem, by poszukać kozy, i znaleźli prawdziwe królestwo. Po dobrej pół godzinie – a Männe biegł z przodu z językiem na wierzchu – Höppli (tak go nazwano dla krótszości) został w triumfalnym wozie przewieziony przez obie dziewczyny. Jego przewieziony; Höppli bowiem był małym kozłem.
Muszę przyznać, że wkrótce ogarnęło mnie poczucie skruchy z powodu mojej długiej, upartej odmowy.
Był to śnieżnobiały i naprawdę najurokliwszy zwierzaczek; Roswitha zawiesiła mu na szyi haftowany naszyjnik z dzwoneczkiem, przygotowany na tę okazję wiele lat wcześniej, a w jego skokach krył się cały, rozkosznie niewinny humor młodego mężczyzny. A gdy Roswitha brała zwierzątko na kolana i dawała mu butelkę do picia, a Männe lizał spływające krople, cała rodzina zbierała się, by być świadkami tego uroczystego aktu; co więcej, ludzie na ulicy zatrzymywali się z podziwem i wołali: „Nie, jak to urocze!”. Wtedy serce Roswithy biło w rytmie tego małego kozła.
Gdy jednak Höppli biegał sobie po ulicach, towarzyszyła mu honorowa eskorcia złożona z 23 dzieci z sąsiedztwa, zupełnie jak w przypadku cesarza czy króla, a szczególnie efektownie prezentował się Peter Petersen w hełmie i pancerzu gwardzistów, z kciukiem w ustach. Höppli był sensacją ulicy, hitem sezonu, a kiedy 23-osobowa grupa stwierdziła, że jest jeszcze piękniejszy niż ta sąsiedzka koza, która w międzyczasie stała się starą kozą, Roswitha była na szczycie swojego szczęścia.
# book_id: global-gutenberg-translation-62db5a59fb9047539aca8eed1010dc56
# book_title: Koza
# chapter_id: 1-koza
# chapter_title: Koza
# book_page: 7 / 10
# chapter_page: 7
# language: pl
# content_format: markdown
# reading_structure: unknown
# render_mode: prose
Tymczasem wybudowano prowizoryczną stajnię, a nadeszła wiadomość, że pewien rolnik z wioski ma kozy na sprzedaż. Wtedy Herta, Roswitha i Männe wyruszyli wozem, by poszukać kozy, i znaleźli prawdziwe królestwo. Po dobrej pół godzinie – a Männe biegł z przodu z językiem na wierzchu – Höppli (tak go nazwano dla krótszości) został w triumfalnym wozie przewieziony przez obie dziewczyny. *Jego* przewieziony; Höppli bowiem był małym kozłem.
Muszę przyznać, że wkrótce ogarnęło mnie poczucie skruchy z powodu mojej długiej, upartej odmowy.
Był to śnieżnobiały i naprawdę najurokliwszy zwierzaczek; Roswitha zawiesiła mu na szyi haftowany naszyjnik z dzwoneczkiem, przygotowany na tę okazję wiele lat wcześniej, a w jego skokach krył się cały, rozkosznie niewinny humor młodego mężczyzny. A gdy Roswitha brała zwierzątko na kolana i dawała mu butelkę do picia, a Männe lizał spływające krople, cała rodzina zbierała się, by być świadkami tego uroczystego aktu; co więcej, ludzie na ulicy zatrzymywali się z podziwem i wołali: „Nie, jak to urocze!”. Wtedy serce Roswithy biło w rytmie tego małego kozła.
Gdy jednak Höppli biegał sobie po ulicach, towarzyszyła mu honorowa eskorcia złożona z 23 dzieci z sąsiedztwa, zupełnie jak w przypadku cesarza czy króla, a szczególnie efektownie prezentował się Peter Petersen w hełmie i pancerzu gwardzistów, z kciukiem w ustach. Höppli był sensacją ulicy, hitem sezonu, a kiedy 23-osobowa grupa stwierdziła, że jest jeszcze piękniejszy niż ta sąsiedzka koza, która w międzyczasie stała się starą kozą, Roswitha była na szczycie swojego szczęścia.Tymczasem Roswitha miała codziennie trzy lub cztery godziny lekcji u matki, musiała też grać na fortepianie, od czasu do czasu chodzić na gimnastykę lub rysunek, a poza tym załatwiać różne sprawy poza domem. Höppli nawet nie pomyślał, by to bezczynnie znosić; domagał się towarzystwa. Co prawda, Männe poświęcał mu uwagę z mądrą wyrozumiałością i dobrocią dojrzałego pedagoga; ale Höppli domagał się towarzystwa kobiet. A gdy ich nie było, natychmiast zaczynał narzekać w odstępach czterosekundowych. Przez pierwsze dziesięć minut wydawało nam się to strasznie śmieszne, potem nudne, potem uciążliwe, a podczas czwartej minuty – wręcz doprowadzające do szału. A Höppli rósł, a wraz z nim jego głos. Na podstawie mojego chronometru ustaliłem, że narzekał 15 razy na minutę, co daje 900 razy na godzinę; licząc tylko sześć godzin samotności dziennie, wychodziło 5400 na dzień, 37 800 na tydzień – nie, poprawiam: 37 800 – tyle razy.
Musieliśmy przerwać lekcje gry na fortepianie; granie było oczywiście niemożliwe. Moja żona musiała wraz ze swoją uczennicą schronić się w bomboszczelnym magazynie. Ja, aby móc pracować, wycofałem się do tylnego pokoju w wieży, lecz na próżno; choć fizycznie nie słyszałem narzekań, moje wewnętrzne ucho słyszało wyraźnie słyszalny „Mäh!” co cztery sekundy. Trzy liryczne dzieła powstałe w tym czasie urodziły się martwe; powieść umarła jako embrion, dramat już w zarodku. Nie każdy boksgesang staje się tragedią: to już wcześniej dostrzegłem w erotycznej dramaturgii naszych czasów.
# book_id: global-gutenberg-translation-62db5a59fb9047539aca8eed1010dc56
# book_title: Koza
# chapter_id: 1-koza
# chapter_title: Koza
# book_page: 8 / 10
# chapter_page: 8
# language: pl
# content_format: markdown
# reading_structure: unknown
# render_mode: prose
Tymczasem Roswitha miała codziennie trzy lub cztery godziny lekcji u matki, musiała też grać na fortepianie, od czasu do czasu chodzić na gimnastykę lub rysunek, a poza tym załatwiać różne sprawy poza domem. Höppli nawet nie pomyślał, by to bezczynnie znosić; domagał się towarzystwa. Co prawda, Männe poświęcał mu uwagę z mądrą wyrozumiałością i dobrocią dojrzałego pedagoga; ale Höppli domagał się towarzystwa kobiet. A gdy ich nie było, natychmiast zaczynał narzekać w odstępach czterosekundowych. Przez pierwsze dziesięć minut wydawało nam się to strasznie śmieszne, potem nudne, potem uciążliwe, a podczas czwartej minuty – wręcz doprowadzające do szału. A Höppli rósł, a wraz z nim jego głos. Na podstawie mojego chronometru ustaliłem, że narzekał 15 razy na minutę, co daje 900 razy na godzinę; licząc tylko sześć godzin samotności dziennie, wychodziło 5400 na dzień, 37 800 na tydzień – nie, poprawiam: 37 800 – tyle razy.
Musieliśmy przerwać lekcje gry na fortepianie; granie było oczywiście niemożliwe. Moja żona musiała wraz ze swoją uczennicą schronić się w bomboszczelnym magazynie. Ja, aby móc pracować, wycofałem się do tylnego pokoju w wieży, lecz na próżno; choć fizycznie nie słyszałem narzekań, moje wewnętrzne ucho słyszało wyraźnie słyszalny „Mäh!” co cztery sekundy. Trzy liryczne dzieła powstałe w tym czasie urodziły się martwe; powieść umarła jako embrion, dramat już w zarodku. Nie każdy boksgesang staje się tragedią: to już wcześniej dostrzegłem w erotycznej dramaturgii naszych czasów.Ale to wszystko było jeszcze dziecinną zabawą. Dopiero gdy sąsiedztwo – i słusznie – wzburzyło się, zrobiło się to naprawdę piękne. Sąsiad po naszej lewej stronie wyjął swój gramofon, który zawinął specjalnie dla mnie, postawił go przy otwartym oknie i kazał mu śpiewać „Das Herz am Rhein” dziesięć razy na godzinę. Inny co wieczór odtwarzał odgłosy wystrzałów z armaty, które musiały być bardzo realistycznie wykonane. Trzeci, który miał niemowlę o wspaniałym głosie, postawił je w wózku tuż przy ogrodzeniu mojego ogrodu. Krzyczało ono nieco bardziej różnorodnie niż koza, co było tymczasowo odświeżające; ale z czasem stało się to tak monotonne i uciążliwe, że zrozpaczony powiedziałem do mojej żony:
»Teraz cieszymy się, że nie musimy już słuchać krzyków dziecka; ale skoro ono krzyczy przez cały dzień, to równie dobrze możemy mieć własne!«
»Tak« – powiedziała moja żona.
Mógłbym oczywiście potajemnie zabrać zwierzę w nocy i rano powiedzieć, że uciekło; ale granie komedii na oczach dziecka – to trudne i złe. Nie było też potrzeby: Roswitha już zrozumiała, że Höppli staje się niemożliwy ze względu na swoje zachowanie. Jedna z jej koleżanek z radością zgodziła się przyjąć koziołka jako prezent – nigdy w życiu nie byłem bardziej hojny. Höppli został natychmiast przewieziony pociągiem; kto daje szybko, daje podwójnie.
Gdy jednak przez listopadową mgłę z daleka zaczynało się zbliżać Święto Bożego Narodzenia, Roswitha napisała na swojej karcie świątecznych życzeń:
Kalejdoskop. Indianieński strój. ××××××× Obietnica, że latem znów będę mógł mieć kozę na czternaście dni.
(Siedem krzyżyków miało odpowiednio podkreślić to życzenie.)
Co do jednego jestem całkowicie spokojny: to dziecko osiągnie coś w życiu, nawet jeśli nie będzie miało całkowicie bezbłędnej ortografii.
A co do jeszcze jednej rzeczy mam całkowitą pewność: jest kobietą. Gdyby to nie było i tak oczywiste – jej walka o kozę wyraźnie pokazuje jej kobiecość. Rozważałem, czy nie powinienem zmienić tytułu tej krótkiej historii na: „Koza” albo „Kobieta”.
# book_id: global-gutenberg-translation-62db5a59fb9047539aca8eed1010dc56
# book_title: Koza
# chapter_id: 1-koza
# chapter_title: Koza
# book_page: 9 / 10
# chapter_page: 9
# language: pl
# content_format: markdown
# reading_structure: unknown
# render_mode: prose
Ale to wszystko było jeszcze dziecinną zabawą. Dopiero gdy sąsiedztwo – i słusznie – wzburzyło się, zrobiło się to naprawdę piękne. Sąsiad po naszej lewej stronie wyjął swój gramofon, który zawinął specjalnie dla mnie, postawił go przy otwartym oknie i kazał mu śpiewać „Das Herz am Rhein” dziesięć razy na godzinę. Inny co wieczór odtwarzał odgłosy wystrzałów z armaty, które musiały być bardzo realistycznie wykonane. Trzeci, który miał niemowlę o wspaniałym głosie, postawił je w wózku tuż przy ogrodzeniu mojego ogrodu. Krzyczało ono nieco bardziej różnorodnie niż koza, co było tymczasowo odświeżające; ale z czasem stało się to tak monotonne i uciążliwe, że zrozpaczony powiedziałem do mojej żony:
»Teraz cieszymy się, że nie musimy już słuchać krzyków dziecka; ale skoro ono krzyczy przez cały dzień, to równie dobrze możemy mieć własne!«
»Tak« – powiedziała moja żona.
Mógłbym oczywiście potajemnie zabrać zwierzę w nocy i rano powiedzieć, że uciekło; ale granie komedii na oczach dziecka – to trudne i złe. Nie było też potrzeby: Roswitha już zrozumiała, że Höppli staje się niemożliwy ze względu na swoje zachowanie. Jedna z jej koleżanek z radością zgodziła się przyjąć koziołka jako prezent – nigdy w życiu nie byłem bardziej hojny. Höppli został natychmiast przewieziony pociągiem; kto daje szybko, daje podwójnie.
Gdy jednak przez listopadową mgłę z daleka zaczynało się zbliżać Święto Bożego Narodzenia, Roswitha napisała na swojej karcie świątecznych życzeń:
Kalejdoskop. Indianieński strój. ××××××× Obietnica, że latem znów będę mógł mieć kozę na czternaście dni.
(Siedem krzyżyków miało odpowiednio podkreślić to życzenie.)
Co do jednego jestem całkowicie spokojny: to dziecko osiągnie coś w życiu, nawet jeśli nie będzie miało całkowicie bezbłędnej ortografii.
A co do jeszcze jednej rzeczy mam całkowitą pewność: jest kobietą. Gdyby to nie było i tak oczywiste – jej walka o kozę wyraźnie pokazuje jej kobiecość. Rozważałem, czy nie powinienem zmienić tytułu tej krótkiej historii na: „Koza” albo „Kobieta”.W Roswithie jest to kobiecość Lady Macbeth, która ujarzmia surowego wojownika, kobiecość hrabiny Terzky, która wykopuje dziurę w murze Wallensteina, kobiecość Kriemhildy, która pokonuje Attilę. Z pewnością: dobre, miękkie serce Roswithy nigdy nie doprowadzi jej do zdrady stanu, nigdy nie będzie podżegać do zabójstwa króla ani burgundów; ale „formalnie” jest ona Lady Macbeth. Oczywiście, jej kobieca natura jest jeszcze niedorozwinięta. Przyznałaby się bez wahania, że gorąco pragnęła mieć kozę. Dopiero wtedy będzie ona prawdziwą kobietą, gdy w odpowiedzi na stosowną uwagę, z szeroko otwartymi, wpatrzonymi oczyma i po dziesięciu sekundach osłupienia, wykrzyknie:
»Ja chciałam mieć kozę? Ja? Ale nie mam pojęcia, skarbie! Skąd ci to przyszło do głowy? ! «

# book_id: global-gutenberg-translation-62db5a59fb9047539aca8eed1010dc56
# book_title: Koza
# chapter_id: 1-koza
# chapter_title: Koza
# book_page: 10 / 10
# chapter_page: 10
# language: pl
# content_format: markdown
# reading_structure: unknown
# render_mode: prose
W Roswithie jest to kobiecość Lady Macbeth, która ujarzmia surowego wojownika, kobiecość hrabiny Terzky, która wykopuje dziurę w murze Wallensteina, kobiecość Kriemhildy, która pokonuje Attilę. Z pewnością: dobre, miękkie serce Roswithy nigdy nie doprowadzi jej do zdrady stanu, nigdy nie będzie podżegać do zabójstwa króla ani burgundów; ale „formalnie” jest ona Lady Macbeth. Oczywiście, jej kobieca natura jest jeszcze niedorozwinięta. Przyznałaby się bez wahania, że gorąco pragnęła mieć kozę. Dopiero wtedy będzie ona prawdziwą kobietą, gdy w odpowiedzi na stosowną uwagę, z szeroko otwartymi, wpatrzonymi oczyma i po dziesięciu sekundach osłupienia, wykrzyknie:
»Ja chciałam mieć kozę? Ja? Ale nie mam pojęcia, skarbie! Skąd ci to przyszło do głowy? ! «
BokRobot
BokRobot brings together books and fairy tales to read and explore. Discover a growing collection, or create books and fairy tales of your own.