Paul DahlkePrzebudzenie Suriyagodas

BokRobot reading edition

Books

Free

Przebudzenie Suriyagodas

Paul Dahlke

8,098 words
Choose version
Uruchomiono: 2026-09-11 12:53BokRobot · Page 1 / 29

Nikt już nie pamiętał, jak mnich Suriyagoda nazywał się w czasie, gdy żył w świecie, zanim wstąpił do zakonu Najwyższego. Już od dawna żył on w zakonie. Nikt też nie wiedział nic pewnego o jego wieku.

Illustration for Przebudzenie Suriyagodas

Głowę i twarz miał zawsze gładko ogolone, a postawa jego była zawsze wyprostowana. Mimo to niektórzy twierdzili, że dawno już przekroczył osiemdziesiąty rok życia, a to surowość i bezstronność jego życia pozwalały mu zwyciężyć nad wiekiem. Był rzeczywiście niezwykle szczupły, a oko jego świeciło tak równomiernym, łagodnym, a jednak silnym blaskiem, że wszyscy, którzy zbliżali się do niego, widzieli raczej oświecony umysł niż nieczyste ciało. Ponadto od dawna uważano, że osiągnął on stan arhatów, że doszedł do zrozumienia: „To jest moje ostatnie narodzenie; nigdy już nie pojawię się w wirze samsary”. On sam jednak nigdy nie dał żadnego znaku, że tak jest. Bo chlubienie się wyższymi wglądami, czy to wobec innych, czy wobec siebie samego, nie istnieje w zakonie Najwyższego.

Jego cela znajdowała się z dala od innych, na drodze do At-Vihara, a gdy wierni oddawali cześć przy Mahasāya-Dagoba i wspinali się na wzgórze do At-Vihara, zwykli też składać kwiaty z drzewa świątynnego przed jego progiem. Tak wielka była sława jego cnoty i mądrości. Z przebudzeniem Suriyagody stało się coś niezwykłego. Owszem, wewnętrzne przebudzenie ludzi jest zawsze najbardziej niezwykłą rzeczą w całym życiu, ale nawet najstarsi thera nie pamiętali nikogo, u kogo przebudzenie nastąpiło tak wcześnie jak u niego. Również okoliczności, w których wszystko się wydarzyło, były w pewnym stopniu niezwykłe.

Jeden budzi się, widząc chorego człowieka lub zwierzę zabite na śmierć; inny, siedząc w medytacji i słuchając szumu wiatru w liściach; jeszcze inny, widząc jak płomień migocze lub światło gaśnie; większość jednak, wracając z proszenia o jałmużnę, siada w cichym miejscu, krzyżując nogi, wyprostowując ciało i rozmyśla zgodnie z naukami Buddhy. Tak dzieje się z jednym, tak z drugim, zależnie od warunków wstępnych.

BokRobot · Page 2 / 29

Z czcigodnym Suriyagodą stało się wszystko następująco: Urodził się on ponownie w domu bogatego bramina, który przybył z południowych Indii do Lanki i służył królowi w Anuradhapurze, ponieważ potrafił wiele rzeczy, których nie potrafili jego własni poddani. Mieszkał on w pobliżu świątyni zwanej po prostu Świątynią Pawia, niedaleko świętego drzewa Bo, któremu niezliczone rzesze czcicieli oddawały codziennie hołd. On sam jednak trzymał się wiernie wiary swojej ojczyzny, gdzie czczono Śiwę. Pogardzał nauką Buddy i nazywał ją „zamętliwą doktryną głupców”, bo po prostu jej nie rozumiał. Mnichów zaś z zakonu Wzniosłego nazywał „ogolonymi kapłanami”. Dlatego nigdy nie zdarzyło się, żeby podczas codziennego obchodu po jałmużnę zatrzymali się oni przed jego drzwiami, by przyjąć dar. Pewnego dnia przez Anuradhapurę przechodził obcy bhikkhu, aby oddać hołd przy dagobie Mahasaya w Mihintale.

Stało się to tak: Od wielu lat mieszkał on daleko na południu, w Tissamaharama, prowadząc życie surowe, wstrzemięźliwe i głęboko oddane poszukiwaniu zrozumienia. Każdy bowiem myślący człowiek wkrótce dostrzega, że życie jest bezcelowe, a jeśli ma ono cele, to zostały one przez nas doń wprowadzone; więc po co więc całe to zamieszanie, po co? Odpowiedź daje jedynie Tathagata. Pewnego dnia do tego mnicha przyszedł mnich z północy wyspy. Opowiadał on o świętości miejsc tam na górze, tak że w innych zrodziło się pragnienie oddania im hołdu. Gdy więc jego gość poprosił go, by poszedł z nim na północ, wstał on z miejsca, w którym siedział, i powiedział:: „Dobrze, chodźmy więc!”. Ten drugi jednak miał przy sobie mnóstwo rzeczy, które zostawił w Pánsala, więc nie mógł natychmiast wyruszyć w drogę. Wtedy mnich z Tissamaharama powiedział: „Nie jesteś prawdziwym uczniem Wzniosłego. Lepiej będzie, jeśli pójdziesz sam”.

BokRobot · Page 3 / 29

Z tymi słowami odwrócił się i natychmiast rozpoczął swoją długą podróż; bo od Tissamaharamy do Mihintale jest około dwunastu dni marszu, a może nawet więcej. Ten mnich, przechodząc przez Anuradhapurę, stanął przed domem bogatego bramina i czekał w milczeniu na jałmużnę; nie wiedział bowiem, że ten człowiek szydził z mnichów i obrzucał ich wyzwiskami „ogolonych kapłanów”. Brahmana siedział właśnie w otwartej werandzie swojego domu, jedząc i mając przed sobą mnóstwo bogatych potraw, jak to było jego zwyczajem.

Gdy mnich zbliżył się i stanął w milczeniu przy bramie, tam, gdzie po każdej stronie mały kamienny słoń oznaczal wejście, odwrócił się lekko w bok, jakby go nie widział; bo był nie tylko pogardzającym Dharmą, lecz także skąpym.

Suriyagoda miał wówczas około dwunastu lat. Gdy chłopiec zobaczył, że jego ojciec nie chce dać niczemu mnichowi, podszedł do niego i powiedział, jakby chcąc usprawiedliwić ojca: „On cieszy się owocami swoich wcześniejszych czynów”. Chodziło mu o to: „Mój ojciec żyje teraz w dostatku, ponieważ w poprzednich życiach czynił dobro, za które teraz otrzymuje nagrodę”. Na to mnich, nie podnosząc spuszczonego na ziemię spojrzenia, odparł: „A ja nauczam o owocach wcześniejszych czynów”. Słysząc te słowa, oczy chłopca się rozszerzyły.

Illustration for Przebudzenie Suriyagodas

Jak niezdecydowanie tam stał, a potem powiedział cicho: „Jeśli nauczasz o owocach wcześniejszych czynów, to pójdę z tobą”. „Wtedy musisz najpierw poprosić ojca o pozwolenie”. Chłopiec podszedł więc do jedzącego i powiedział: „Ojcze, pozwól mi pójść z tym człowiekiem”. A głosem stłumionym z powodu powstrzymanej namiętności dodał: „On naucza o owocach wcześniejszych czynów”. Stary zatrzymał się zdumiony przy jedzeniu. „Czy nie widzisz, że to taki właśnie człowiek? Czy nie wiesz, że jesteś synem bramina?” „Ojcze, on naucza o owocach wcześniejszych czynów. Pozwól mi pójść z nim”. I po raz drugi stary powiedział: „Czy nie widzisz, że to taki właśnie człowiek? Kto będzie odprawiał ofiary na moim grobie, jeśli nas opuścisz? Poza tym czyż nie rishowie też nauczali o owocach czynów?” Chłopiec stał przygnębiony, bo czuł, że ojciec miał rację co do ofiar na grobie.

BokRobot · Page 4 / 29

Wtedy do sali wbiegł młodszy syn bramina, którego ten zrodził z inną żoną, i krzyknął, jakby żartując, do drugiego: „Ojcze, ojcze!”. Chłopiec nagle się wyprostował i powiedział po raz trzeci: „Pozwól mi pójść z tym mężczyzną. Nie chcę ani jedzenia, ani napoju, jeśli mi nie pozwolisz odejść”. Widząc, w jakim stanie jest chłopiec — że przeczuł tajemnicę samsary — ojciec, z ciężkim sercem i złościąc się na mnicha, powiedział: „Idź więc!”. Potem jednak, widząc mnicha stojącego przy bramie wciąż nieruchomo i ze spuszczonym wzrokiem, ogarnęła go obawa, że jego własna złość może zaszkodzić chłopcu w tym lub następnym życiu, i zawołał do mnicha: „Mnichu, nie gniewam się na ciebie!”.

“Ale już wcześniej działo się z nim coś dziwnego. Jeszcze jako mały chłopiec otrzymał kiedyś od ogrodnika w prezencie dwa papajowe mango. Wtedy pomyślał: „Chcę jedno z nich położyć na ołtarzu dla Sivī, a drugiego zjem dopiero wtedy, gdy ona weźmie swoje.” Tak więc położył owoc i zaczął czekać, trzymając w ręce drugie mango. Ale bogini nie przyjęła daru. Chłopiec spojrzał z tęsknotą najpierw na mango w swojej dłoni, a potem na to, które leżało na ołtarzu. Był głodny, a do tego uwielbiał jeść mango. Zaczął cicho płakać, najpierw w duchu, a potem coraz głośniej, aż w końcu przyszedł jego ojciec. Gdy ten zobaczył chłopca trzymającego jedno mango w jednej ręce, a drugie leżącego na ołtarzu, zapytał: „Co to jest, synu?” „Dla Sivī, ojcze! Ona nie chce tego przyjąć.” „Synu, to nie tak, że bogowie przyjmują dary.” Wtedy wziął mango z ołtarza i dał je chłopcu. „Po prostu zjedz je!” Chłopiec szybko zjadł oba owoce.

BokRobot · Page 5 / 29

Po pewnym czasie zapytał niespodziewanie swojego ojca: „Tato, jak to jest, że bogowie przyjmują dary?” Starszy mężczyzna początkowo nie wiedział, co ma na myśli. Potem przypomniał sobie o mango. „Synu, to nie tak! Bogowie są tajemniczy. Oni przyjmują, oni dają – nie wiemy jak.” Chłopiec zamilkł. „A ci w Tanjorze? – zapytał, mając na myśli kapłanów w świątyni Subrahmanya w Tanjore – czy oni wiedzą więcej?” Suriyagoda od zawsze był takim właśnie chłopcem. Wziął więc teraz swoją matę i naczynie do picia i poszedł za Żółtym. Ten szedł powoli, nie podnosząc głowy, wzdłuż świątynnej ulicy, mijając stupę Abhayágivi i kierując się w stronę Tissawēwa. Gdy szli teraz wzdłuż wysokiego wału, nad którym szalał sztorm – był to właśnie czas monsunu – chłopiec ze zdumieniem patrzył, jak jezioro biało pieni się na brzegu. Szare pnie martwych drzew, połowicznie zatopione w wodzie i wyciągające swoje martwe gałęzie w powietrze, przypominały duchy.

Teraz odwrócił głowę i spojrzał za siebie, na drugą stronę brzegu, gdzie Ruanweli wznosił się jak góra, lśniący jak srebro w swojej marmurowo-białej szacie. „Jak daleko jestem od domu?” – pomyślał.

Nigdy wcześniej tam nie był; bo dzieci szlachetnych braminów rzadko opuszczają dom, obawiając się nieczystości. Poczuł się ciężko i przestraszył się. Pomyślał: „Zaczekam, aż ten tam znów zatrzyma się przed chatą i poprosi o jałmużnę – bo w domu ojca nic nie dostał – wtedy poproszę o pozwolenie, by móc wrócić; boję się.” Przy tym spojrzał na mnicha, który szedł przed nim, milcząc, z głową pochyloną, a żółta szata powiewała na wietrze jak dzwon. Ten zaś myślał sobie:: „Słońce już przekroczyło swój najwyższy punkt; dogodny czas na jedzenie dziś minął. Lepiej więc poczekam do jutra.” Tak przeszli obok ostatnich chat, a ten nie zatrzymał się, a chłopiec bezradnie podążał za nim, wciąż mając nadzieję, że zatrzyma się lub zawróci.

BokRobot · Page 6 / 29
Illustration for Przebudzenie Suriyagodas

A jakże straszny był las, do którego teraz weszli. O sztormie na zewnątrz nie było tu ani śladu. Wszystko nieruchome, jakby sparaliżowane czymś straszliwym, przy czym serce pyta: „Czym to może być?” i z braku jakiejkolwiek odpowiedzi czerpie nowy przerażający niepokój. Oczy bolały go, gdy patrzył na ulicę, która rozciągała się przed nim biała, oślepiająca, zdawałoby się nieskończona, a nad nią drżało powietrze. Z boku drogi stały jednak potężne sterty termitów, a z przerażeniem dostrzegł na nich wielkie, brzydkie jaszczurki, które unosiły głowy, miały otwarte paszcze i siedziały nieruchomo, jakby zaczarowane przez to okrutne słońce. „Z pewnością to złe duchy” pomyślał chłopiec i wpatrywał się przed siebie. Musieli iść tak może przez dwie godziny, gdy dotarli do pierwszych domów innego miejsca. Za nimi w górę wznosiła się dwuwierzchołkowa skała. Oba szczyty były jednak zwieńczone dagobą.

Chłopiec wiedział, że to Mihintale, święte Mihintale, ale nigdy wcześniej tu nie był. Przechodząc obok pięknego stawu, pełnego lotosów, mnich ruszył w stronę tej góry. Straszne widma lasu minęły. Potężny wiatr wiał nad powierzchnią wody. Już z daleka widać było potężną bramę wejściową. Przeszedł przez nią; Suriyagoda szedł tuż za nim. Nagle znaleźli się jakby w innym świecie. Wielkie i małe dagoby, sale do modlitwy i spożywania posiłków, święte figowce otoczone murami, kamienne tablice z napisami, łaźnie wybudowane z pięknie obrobionego kamienia. Pośrodku tego wszystkiego znajdowała się schodnia, której stopnie stanowiły wielkie kamienne kwadraty, płaskie i tak szerokie, że mogłyby po nich iść obok siebie cztery słonie. Ta klatka schodowa znikała ku górze w tajemniczej półmroku pierwotnego lasu: święta schodnia Mihintale. Tak mijały lata Suriyagody w Mihintale, najświętszym miejscu.

Wcześnie, przed wschodem słońca, wstawawał razem z innymi uczniami klasztoru. Następnie sprzątano dziedziniec, otrząsano kwiaty z drzew, by złożyć je przed wizerunkiem Buddy.

BokRobot · Page 7 / 29

Mnisi śpiewali w Viharze, klęcząc na ziemi przed wizerunkiem Buddy, pieśni, które swoją monotonią przypominały dźwięk głębokich dzwonów; pieśni na cześć Buddy, na cześć Prawa, na cześć wspólnoty mnichów. Gdy śpiew nagle ustawał, z zamkniętych ust mnichów jeszcze przez pewien czas dobiegał dźwięk, niczym pogłos w metalu. Już od najmłodszych lat chłopcy byli zachęcani do medytacji nad miłością do ludzi, nad życzliwością wobec wszelkich istot żywych, nad przemijaniem wszystkiego, nad nieczystością wszystkiego, co cielesne, oraz nad śmiercią. Musieli też pilnie ćwiczyć regulowanie myśli poprzez uważne wdechy i wydechy. Ponadto czytano święte pisma, przy czym starszy mnich recytował, a uczniowie powtarzali za nim; początkowo, rzecz jasna, bez zrozumienia ich sensu i znaczenia. Wieczorem mnisi ponownie śpiewali przed wizerunkiem Buddy w Viharze.

Jakże jednak piękne były święte dni w dniach nowiu i pełni księżyca, kiedy wszyscy wyznawcy przybywali już wcześnie rano, bezgłośnie, w śnieżnobiałych szatach — mężczyźni, kobiety i dzieci — przynosząc całe kosze pełne żółtych i białych kwiatów, które układali przed wizerunkiem Buddy, tak wiele, jakby całą noc padał deszcz kwiatów; a potem wszyscy cicho klękali, a jeden z mnichów recytował regułę. Gdy wieczorem cała Vihara rozświetlała się blaskiem świateł, chłopcu wydawało się, że nieruchoma cisza wizerunku Buddy ożywa. Wyraz na twarzy zdawał się zmieniać, usta poruszać się, a ręka podniesiona do nauczania — drgać. Wówczas w sercu chłopca rodziła się głęboka cześć i podziw. Musiał zmuszać się, by nie oddawać czci, jak to było w zwyczaju w domu jego ojca. Bo przecież trzeba wiedzieć, że do Buddy nie można się modlić; można Mu jedynie okazywać wdzięczność i cześć za to, że drogę, którą sam znalazł, pokazał również nam, światu.

To była tęsknota duchowa, zaszczepiona wraz z mlekiem matki, która wciąż działała w sercu chłopca i przeszkadzała mu w zrozumieniu. Późnym wieczorem rozpoczynało się nauczanie, które często trwało do późna w noc. A jednak czego innego mógłby człowiek nauczać drugiego człowieka? Następnego dnia odbywało się spowiednictwo mnichów.

BokRobot · Page 8 / 29

Z złożonymi rękami uklęknęli przed opatem i powiedzieli tymi głębokimi, dźwięcznymi głosami: „Panie, jeśli przez nieuwagę zawiniliśmy przeciw jednej z trzech bram (czyn, słowo, myśl), przebacz nam”. Na co opat odpowiedział: „Przebaczyłem. Przeto i wy przebaczcie mi”. Tak żyje się w Zakonie Wzniosłego, który sam Wzniosły nazywa „niezrównanym polem do zdobywania zasług”. I rzeczywiście, ci mnisi, nieustannie okazując życzliwość wszelkiemu życiu, są największymi dobroczyńcami ludzkości. Jedno serce pełne pogodnej wyrzeczenia przyczynia się bowiem do dobra ludzkości więcej niż całe życie pełne niespokojnej filantropii. Nadszedł więc czas, aby Suriyagoda przywdział szatę, to znaczy sam został mnichem.

Tak jak inni, odtąd każdego ranka odbywał swoją podróż po jałmużnę, idąc od domu do domu z porządnie ułożoną szatą, z zogniskowanym umysłem i spuszczonym wzrokiem, i czekając cicho przy drzwiach, aż ryż zostanie włożony do jego miski na jałmużnę. Gdy przychodził dawca, wlewał ryż do wyciągniętej miski, a następnie, klęcząc na ziemi, z złożonymi rękami przed twarzą okazywał swoją cześć. Następnie mnich milcząc szedł do następnych drzwi, dopóki miska nie była dostatecznie napełniona. Potem udawał się w drogę powrotną do klasztoru i tam, wciąż w milczeniu, spożywał swój posiłek w samotnym miejscu. Pewnego dnia, gdy Suriyagoda stał nieruchomo, ze spuszczonym wzrokiem i czekając na dar, nagle zbliżył się do niego człowiek, nagi poza jednym skrzydłem sowy, które ledwo zakrywało jego wstydliwe miejsca. Jego skóra była posmarowana popiołem i wyglądała jak szara skóra; włosy splątane jak brudna mata kokosowa; spojrzenie rozproszone i dziwne.

BokRobot · Page 9 / 29

Mówił cicho, lecz z żarliwością do mnicha: „Ty, dano mi czytać twoją przyszłość. Chwała i cześć Wszechmocnemu! Musisz przejść przez wielką miłość”. Następnie, cofnąwszy się tuż za Suriyagodą, kontynuował głośniej: „Gdybyś tylko raz podniósł oczy, mógłbym ci powiedzieć, gdzie i jak”. Suriyagoda pozostał nieruchomy. Ogarnęło go coś dziwnego, jeden z tych dreszczy pochodzących z nieznanych regionów, z powodu których jako chłopiec tak często cierpiał; te dreszcze, które każą temu, kto nie jest jeszcze utwierdzony w mądrości, wciąż pytać: „Czyż naprawdę istnieje coś poza tym światem, co nad nami panuje?”

“ Poczuł instynktownie, że gdyby podniósł wzrok i spojrzenie jego spotkałoby się z oczami tego człowieka, to by go ono pochwyciło, wciągnęło, a on by upadł — w bezdenną otchłań. Wtedy zjawił się wyznawca, by wsypać ryż do miski. Gdy zobaczył fakira, machnął ręką i krzyknął „husch, husch!”, jak się spędza wrony z miski. Na to ten szybko się oddalił, ale warcząc i dysząc jak pies myśliwski, który wyczuł trop i nie może go ścigać. Tego samego wieczoru, gdy Suriyagoda, zanim udał się na spoczynek, uklęknął przed opatem i okazał mu cześć, poprosił go o pozwolenie, by odtąd, gdy będzie głosił kazania wyznawcom i wyznawczyniom, mógł siedzieć za wachlarzem z liści palmowych. Chciał się w ten sposób chronić przed tym, by jego oko spotkało cokolwiek, co mogłoby wzbudzić w nim miłość, bo myślał: „Po cóż jako chłopiec wstąpiłem do zakonu Wzniosłego, skoro muszę przechodzić przez męki i brud miłości? Lepiej jest, żebym się chronił z wyprzedzeniem.”

BokRobot · Page 10 / 29
Illustration for Przebudzenie Suriyagodas

“ Suriyagoda był mężczyzną o pięknej sylwetce, szczupłym, lecz silnym, o subtelnej twarzy, z pełnym, otwartym spojrzeniem i wysokiej urodzie we wszystkim, co robił i mówił. Dlatego sala kaznodziejska była zawsze najbardziej wypełniona, gdy on głosił kazania wyznawcom i świeckim. Zapytał więc opat, dlaczego odtąd chce głosić kazania siedząc za wachlarzem. Na to Suriyagoda zamilkł i zaczerwienił się, ale potem opowiedział o fakirze. Opat uśmiechnął się lekko i wydał mu pozwolenie. Następnie, jako cichą naganę, dodał słowa Wzniosłego: „Jest to, stanie się tamto; nie ma tego, nie będzie tamtego,” chcąc przez to powiedzieć, że każdy człowiek, wychodząc z chwili obecnej, sam kreuje swoją przyszłość poprzez to, co robi, co mówi, co myśli. I jak w przypadku toczącego się kamienia jeden moment toru wyznacza następny, a ten z kolei następny, tak samo jest w życiu człowieka.

Nasza przyszłość nie leży w rękach jakiegoś wizjonera ani w rękach gwiazd, lecz w rękach tej chwili obecnej, którą jestem ja sam. Odtąd więc Suriyagoda głosił kazania rok po roku siedząc za wachlarzem z liści palmowych. Proroctwo fakira dawno już zapomniał, ale wachlarz stał się dla niego taką codziennością, że wszędzie nazywano go „kaznodzieją z wachlarzem”.

Pewnego razu, w dniu Upósatha miesiąca Vessak, król zorganizował wielkie uroczystości ku czci Czcigodnego. Cała droga od Anuradhapury do Mihintale, licząca dwie godziny marszu, była posypana żółtymi i białymi kwiatami. Wszędzie wzdłuż drogi wisiały flagi i transparenty. O wyznaczonej godzinie król opuścił swój pałac w pobliżu dagoby Jetavanarama, w towarzystwie trzydziestu trzech słoni. Na nich jechali arystokraci, zawsze po czterech w jednym rzędzie; na czele jednak król na królewskim słoniu, który lśnił złotem i drogimi kamieniami. Był to taki słoni, o którym mówi się: „Oddał swój pysk”. Bo zanim słoni w walce nie odda pyska, nie osiąga najwyższego stopnia. Gdy jednak odda pysk, nic już nie może mu się oprzeć. Za słoniami szła procesja mnichów ze świętego drzewa Bo i innych klasztorów Anuradhapury, w noszach; za nimi zaś lud pieszo. Jak jeden nawoływacz sadhu, tak szło to od stolicy aż do Mihintale.

BokRobot · Page 11 / 29

Gdy konwój dotarł do dagoby Ambastalla, wszyscy, nawet król, zstąpili z koni; bo tu znajduje się najbliższe święte miejsce Cejlonu: jaskinia, w której Mahinda, syn króla Açoky, apostoł Cejlonu, spędził swoje życie w świętości, tj. wolny od namiętności i pożądliwości. Łóżko skalne na dnie tej jaskini można zobaczyć do dziś. Tutaj dołączyli do konwoju również mnisi z Mihintale, z Suriyagodą na czele. Z dagoby Ambastalla wszyscy, na czele z królem, weszli na Mahasaya-Dagoba, na tę czarną skałę, w którą wykuto płaskie stopnie. Kto widział na dole lśniące śnieżnobiałe szaty na ciemnym tle oraz błyszczące w słońcu złote sztandary i chorągwie, ten uważał to za najpiękniejszy widok, jaki ludzie w ogóle mogli stworzyć i oglądać.

Niedawno wystąpił silny deszcz, a w zagłębieniach kamiennych stopni wciąż znajdowały się resztki wody. Gdy król, którego imię brzmiało Upatissa, powoli i uroczyście wznosił się w górę, zobaczył w jednej z tych kałuż insekt bliski utonięcia. Natychmiast obudziło się w nim współczucie dla żywego stworzenia; zatrzymał się i, zanurzając drżący pióropusz pawia w kałuży, uratował zwierzątko od utonięcia. Gdy otaczający go lud to zobaczył, okrzyki „Sadhu!” rozległy się jeszcze radośniej. Bo tak jak król kochał mieć pobożny, przestrzegający prawa lud, tak i lud kochał mieć pobożnego króla. Z zatrzymaniem się króla nastąpiło zamilknięcie całego orszaku, a każdy pytał, co się stało; gdy nadeszła odpowiedź, okrzyki „Sadhu!” znów rozległy się, jak ogień skaczący po suchym trawie. Nawet Suriyagoda opuścił swój wachlarz z liści palmowych, który był wielki jak tarcza i bez którego nigdy nie opuszczał swojej celi, rozejrzał się.

BokRobot · Page 12 / 29

Poczuł, że kilka par oczu jest na niego skierowanych, i natychmiast znów schował się za swoją osłoną. Ale niektórzy z ludu go zauważyli i szepcząc, powiedzieli sobie: „Kaznodzieja z wachlarzem! To kaznodzieja z wachlarzem!”. Otóż cieszył się on wielkim szacunkiem wśród tych ludzi. Bo kto prowadzi czyste życie i panuje nad sobą, ten zasługuje na szacunek i go otrzymuje. Gdy więc król i cały orszak uroczyście okrążyli Dagobę Mahasaya, mając go po swojej prawicy, i złożyli kwiaty na wszystkich ołtarzach, dwór powrócił do Anuradhapury, a mnisi z Mihintale wrócili do swoich cel. Następnego ranka Suriyagoda znalazł próg swojej chaty posypany kwiatami. Przyzwyczajony do takich wyrazów czci, nie przywiązywał do tego wagi. To powtarzało się dzień po dniu, a Suriyagoda nie robił nic innego, jak tylko codziennie zamiatał kwiaty. Pewnego wieczora, gdy zbliżał się zmrok, usłyszał szum przed swoimi drzwiami.

Kiedy otworzył drzwi, zobaczył młodą kobietę leżącą na kolanach, z rękami złożonymi w geście adoracji przed twarzą. Suriyagoda pozostał nieruchomo przez odpowiedni czas. Bo mnich musi, zgodnie z regułami, czekać, aż świecki człowiek ukończy swój akt oddania czci. Jednak kiedy kobieta wciąż leżała, powiedział: „Co się stało?” Ona najpierw pozostała nieruchoma, a potem powiedziała cicho: „Szczęście, mówi się, Bhante, szczęście.” Przez chwilę wyglądało to tak, jakby chciała się podnieść, ale natychmiast ponownie opadła. Suriyagoda milczał, poruszony. Następnie powiedział spokojnie: „Idź!” I ponownie usłyszał to pokorne, kuszące: „Szczęście, mówi się, Bhante, szczęście.” Przy tym delikatnie kołysała głęboko pochyloną głową, tak że wydawało się, że fale sięgają jej aż po pełne biodra. Suriyagoda patrzył w dal, nieruchomo. „Oczywiście, kobieto! Szczęście, mówi się, szczęście.

BokRobot · Page 13 / 29

Ale to, co ty tam na zewnątrz nazywasz szczęściem, to nieczystość i zguba w Zakonie Najwyższego. A to, co ty tam nazywasz zgubą, to szczęście i ozdoba w Zakonie Najwyższego. Ale idź! Nie wolno mi tu z tobą rozmawiać.” Ciało młodej kobiety zadrżało z powodu stłumionego szlochania. Suriyagoda pochylił się z litością. Nie mógł jej dotknąć, ale chciał dać jej pocieszenie poprzez bliskość swojego głosu. Niezależnie od tego, czy kobieta była bardzo wzburzona, czy szybko się podniosła: kiedy Suriyagoda się pochylił, zapach jej skóry unosił się ku niemu. Rozpieczony i nadwrażliwy z powodu surowych, lecz czystych zapachów klasztoru, szybko się wyprostował. Ten zapach był mu nie do zniesienia. „Idź, idź!” powiedział niemal niecierpliwie. Na to trzecie wezwanie kobieta wstała; trzymając złożone ręce przed twarzą, szybko się odwróciła i zniknęła w zmierzchu.

W tych właśnie dniach klasztor, w którym mieszkał Suriyagoda, został dotknięty ciężkim ciosem, gdyż opat, nauczyciel Suriyagody, nagle zmarł. Suriyagoda był jego ulubionym uczniem. Przez lata dzielili nawet tę samą celę – starszy, aby móc stale udzielać nauk, młodszy, aby móc je stale otrzymywać. Ostre oko starego myśliciela wyraźnie dostrzegało charakter Suriyagody aż do jego najgłębszych zakamarków.

Gdyż gdy tylko zgaśnie światło własnej chciwości, można dostrzec każdy blask w wnętrzu drugiego człowieka: Abatowi nie umknęło, że Suriyagoda, pomimo swojej zdolności do przyswajania nauki Buddhy, wciąż był powstrzymywany od pełnego zrozumienia przez fizyczną materię, którą musiał przetworzyć na podstawie swojego karmicznego przeznaczenia; że wciąż cierpiał z powodu więzi wiary w Boga, choćby nawet w tej czystej, najwyższej formie panteistycznej Vedanta, która jednak, gdy chodzi o całkowite przeniknięcie Dharmą, jest równie utrudniająca, jak prymitywna wiara w osobowego Boga. Pewnego dnia, po długiej rozmowie, powiedział do Suriyagody: „Miłość, przed którą chcesz się chronić za pomocą wachlarza z liści palmowych, nie jest taką miłością, przed którą można by się chronić za pomocą zewnętrznych środków”. Suriyagoda nie zrozumiał. Ponieważ jednak ów nie powiedział nic więcej, nie odważył się zapytać.

BokRobot · Page 14 / 29

Wkrótce potem ten zmarł, a jego śmierć była szczerze opłakiwana przez mnichów i całą społeczność. A klasztor tymczasowo pozostał bez opata. Niektórzy plotkowali, że pomimo swojej młodości (wówczas nie miał jeszcze 30 lat) Suriyagoda zostanie jego następcą. Sam Suriyagoda odrzuciłby takie wyróżnienie. Jego dążenie nie było skierowane na urzędy i godności, lecz na życie w cichej zadumie. Kto poznał, dla czego żyje, ten wie również, że każda chwila spędza się na pracy nad sobą, w cichej, upartej walce z samym sobą. W pierwszych dniach po śmierci opata, gdy wieczorami mnisi siedzieli w ciszy i niepokoju w rozległej hali, w której migocąca, wędrująca po ścianach lampka z orzecha kokosowego zdawała się dawać jedynie cienie, a nie światło, nieustannie pojawiało się ciche pytanie: „Gdzież on znowu się odrodził?”. Pytanie, na które, rzecz jasna, nikt nie mógł dać innej odpowiedzi niż: „Tam, dokąd zaprowadziły go jego czyny”.

Bo nie rodzice, lecz czyny z tego życia są prawdziwie łonem, z którego rodzi się następne życie. Dlatego właśnie Buddha nazywa istoty „zrodzonymi z karmy”, a nie „zrodzonymi z rodziców”. Że Stary musiał wędrować dalej po Samsarze, że nie osiągnął jeszcze Nirwany, czyli końca, ugaśnięcia – o tym, rzecz jasna, nie było żadnych wątpliwości. Sam to powiedział w swoich ostatnich godzinach, lecz z taką wyciszoną godnością, że można było usłyszeć w tym radosną nadzieję, iż nie narodzi się ponownie w niższych formach życia.

BokRobot · Page 15 / 29

Wiedziano też, że zmarły nie był całkowicie wolny od przywiązania do pewnych drobnych pożądań tego świata. Jego skłonność do słodyczy była niemal żartobliwa, a jego zwolennicy, którzy znali tę jego miłość, zawsze hojnie go nimi zaopatrywali. Gdy pewnego wieczoru ponownie omówiono wielkie pytanie: „Gdzież on znowu się narodził?”, jeden z uczniów klasztoru, mały chłopiec, który w południe mył miski mnichów przy studni, ale bystry jak każdy, powiedział: „U cukiernika!”. Suriyagoda poważnie upomniał go za tak niestosowną wypowiedź i jako karę wysłał go z sali. Na chwilę zapanowała cisza, bo każdy zmagał się z uśmiechem. Od tamtego wieczoru kwestia ponownego narodzenia opata nie była już poruszana. Suriyagoda znajdował się wówczas w dziwnym nastroju. Podczas tej rozmowy, na jej końcu opat powiedział mu, że miłość, przez którą musi przejść, nie może być odparowana wachlarzem z liści palmowych.

Mówili o wartości religii, a stary opat odrzucił chrześcijaństwo z niespotykaną surowością. „Nie zaspokaja ono ani ludzkiej potrzeby wiedzy, ani potrzeby sprawiedliwości. Nie daj się – kontynuował z naciskiem – uwieść tą etykietką miłości. Pierwszym obowiązkiem człowieka nie jest miłość, lecz myślenie. Najwyższa ludzka cnota nie tkwi w miłości, lecz w myśleniu. Miłość odczuwają też zwierzęta, myśli jedynie człowiek – i bogowie” – dodał z uśmiechem. „Miłość bez myślenia jest jakby wóz ciągnięty przez woła”. Miał na myśli, że miłość zawsze powinna być kierowana przez myślenie, a nie wyprzedzać je. Następnie Suriyagoda poprosił o pozwolenie na czytanie Upaniszadów w języku oryginalnym. Był najlepszym znawcą sanskrytu w całym klasztorze.

Stary nie odpowiedział od razu. Ściskając nieco mocniej miękkie dłonie, spojrzał w stronę klasztornego ogrodu, jakby z zainteresowaniem na ostatnie krople deszczu spadające z liści palmowych przy hali na ziemię. Następnie powiedział spokojnie: „Jeśli chcesz, czytaj”. Po tym wypowiedział te słowa o miłości Suriyagody, których mnich nie zrozumiał. Tego samego wieczora Suriyagoda rozpoczął lekturę. Czytał i czytał. Wydawało mu się, że tonie w tym oceanie myśli.

BokRobot · Page 16 / 29

Kim byli ci ludzie, ci opętani Bogiem? Yajñavalkya, który mówi słowami i myślami, które jakby bez wysiłku pochłaniają niebo i ziemię; ta Maitreyi, która mówi: „Nie dawaj mi tego, co się daje kobietom — daj mi tę wielką wiedzę, którą ty posiadasz”. Miała na myśli wiedzę o jedności między człowiekiem a Bogiem. Czyż nie było to coś niesamowitego: osiągnięcie tej wiedzy, która daje wieczną szczęśliwość, za pomocą jednego aktu poznania? Bo czy może człowiek poczuć większą szczęśliwość niż tę, która wynika z poznania: „Ja i Bóg jesteśmy jednym; ja jestem Bogiem, a Bóg jest moją istotą, a iluzją jest to, co oddziela mnie od tej całkowitej jedności”? Jakże inne, jakże wzniosłe było wszystko to w porównaniu z tą surową, ascetyczną, mozolną, wręcz niewyobrażalnie trudną walką z każdym czynem, każdym słowem, a nawet każdą myślą, jak tego wymaga nauka Buddy.

Ta przerażająca, niemal beznadziejna praca nad ujarzmianiem myśli, uspokajaniem wiecznie kręcących się kół, które mielą same siebie — nie można wrzucić między nie ani jednego ziarenka. Jakby pewien rodzaj ekstazy ogarniał go, gdy myślał o tajemnicach tego mistycznego dźwięku, który z drżących ust wypowiada ten, kogo ogarnął Bóg. Krótko mówiąc: tęsknił, by od tej ciężkiej pracy wiecznego, czujnego myślenia przenieść się do słodkiego spokoju zjednoczenia z Bogiem, jak sługa pragnie garów mięsa swego pana. Wszystkie te nastroje i uczucia znajdowały swój stały przeciwwaga w istnieniu jego nauczyciela. Z jego śmiercią zginęła sterownica jego statku życia. Coraz głębiej pogrążał się w tym rozdarciu między rozumem a sercem, między nauką a naturalnym instynktem. Raz po raz jednak rozum mówił mu: „Prawdę naucza Tathagata.

BokRobot · Page 17 / 29

Tylko tutaj, gdzie pokazuje się, że ja sam jestem owocem swoich czynów, tylko tam jest prawo; tylko tam, gdzie jest prawo, jest sprawiedliwość; tylko tam, gdzie jest sprawiedliwość, jest zadowolenie”. Ale to, co ziemskie w nim było, co pochodziło od ojca i matki, jakby ciężarem przyciągało go z powrotem do ziemi, oddalając od tego czystego poznania. Wciąż szepczało w nim: „Gdyby tylko istniała Wieczność! Gdyby tylko istniała szczęśliwość tam, po drugiej stronie! Gdyby to „neti, neti” Upaniszad mogło kiedyś stać się niesamowitą rzeczywistością! Gdyby ci starzy rishowie byli nauczycielami, a nie marzycielami!”. Pewnego dnia, zmęczony bezowocnym myśleniem, udał się pod wieczór w dół, ku temu miejscu. Czul potrzebę zobaczenia innych ludzi wokół siebie; chciał też spędzić czas nad brzegiem jeziora, które przypominało wielki staw lotosowy.

W odległym zakątku, na wpół zasłonięty przez zwisające gałęzie dzikiego drzewa mango, zobaczył on siedzącego mnicha z pobliskiego klasztoru. Siedział on, nogi skrzyżowane, ręce złożone, wysoko wyprostowany, i powtarzał w kółko jedno słowo: „Żuraw wodny, żuraw wodny!”. Zdziwiony Suriyagoda słuchał go przez pewien czas; potem, ponieważ ten drugi w ogóle go nie zauważał, odchrząknął, zbliżył się grzecznie i usiadł po jego prawej stronie. Następnie zaczął: „Bracie, czy wolno mi zadać pytanie?”. „Oczywiście, bracie”. „Dlaczego właśnie teraz powtarzałeś w kółko słowo ‚żuraw wodny, żuraw wodny’?”. Ten spojrzał na niego zdumiony, a potem odpowiedział: „Bracie, nie mówiłem ‚żuraw wodny, żuraw wodny’, lecz ‚przemijanie, przemijanie’”. „Przepraszam, bracie. Powiedziałeś ‚żuraw wodny, żuraw wodny’”. Wtedy ten drugi uderzył się w czoło i zawołał: „Cudowna historia!

BokRobot · Page 18 / 29

Opát dał mi jako zadanie do medytacji słowa ‚przemijanie, przemijanie’, a teraz siedzę tutaj i patrzę, jak żurawie przemieszczają się po wodzie, i zamiast mówić ‚przemijanie, przemijanie’, powtarzam ‚żuraw wodny, żuraw wodny’”. (Obaj słowa różnią się bowiem tylko jedną samogłoską, więc łatwo je pomylić). Przy tym śmiał się głośno, a Suriyagoda śmiał się tak mocno, jak nie śmiał od lat. Bo cicha radość jest wprawdzie godna w zakonie Najwyższego, lecz głośny śmiech nie jest stosowny. Gdy wrócił, pomyślał sobie: „Tak już jest, i tak się to skończy”. Miał na myśli, że nauka jest z natury taką, że można ją przetworzyć w ten bezduchowy sposób. Nie czuł nawet, że osądza niesprawiedliwie; bo nauka Upaniszad też dostarcza wystarczających podstaw do takiego bezduchowego przetwarzania.

Przypadek chciał, że podczas tego samego spaceru, w pobliżu wielkiej bramy wjazdowej, na drodze prowadzącej do Rajagiri-Lena, spotkał dwóch mężczyzn niosących na drążku worek. Gdy przechodzili obok Suriyagody, jeden z nich powiedział: „Bhante, wybaczcie, że dziś nie możemy okazać szacunku. To z powodu tego tutaj”. Przy tym wskazał na worek. „Co macie w tym worku?” zapytał Suriyagoda. „Panie”, odpowiedział ten sam mężczyzna, który mówił wcześniej, „to kobra, gruba jak moje ramię. Mamy ją zabić”. „Od kiedy zabijacie żywe istoty?” zapytał zdumiony Suriyagoda. Mężczyzna milczał. „Panie”, zaczął drugi, „jesteśmy biedni; to za wynagrodzenie.

BokRobot · Page 19 / 29

“ Wtedy język pierwszego zdawał się znów się rozluźniać i zaczął on pospiesznie mówić: „Panie, rzecz jest taka: Stary, który na dole, nad jeziorem, sprzedaje kwiaty lotosu na desce, kazał nam ją zabić. Mówi, że to zły wąż. Cztery lata temu przyszedł on do niego na miejsce palenia kadzideł, gdzie powiedział jej: ‚Co tu robisz? To nie twój dom. Wiesz, że twój dom to Djangel’. Następnie wąż odwrócił się i pobiegł z powrotem do lasu. Wtedy była jeszcze dobrym wężem. Wczoraj wieczorem Stary stanął na swojej platformie. Co tam leżało? – Kobra! – zwinięta i sycząca. Jest gruba jak moje ramię, Panie. Wziął kamyk i rzucił go w jej stronę. Był tak przerażony, że nie mógł jej nic powiedzieć. Odeszła. Dzisiaj znów tu jest i znów syczy. Stary uważa, że jeśli kiedyś w ciemności stanie na niej, ona go zabije.

Dlatego poprosił nas, żebyśmy ją złapali i położyli w worku na ulicy, żeby słoń ją zmiażdżył.” „Czy ten Stary na dole wie, że to ten sam wąż, co cztery lata temu?” „Z pewnością, Panie!” „A czy wtedy była już tak gruba?” „Wcale nie, Panie; wtedy była mała.” „Jak więc go znowu rozpoznał?” „Po prostu to wiedział, Panie.” I jakby na potwierdzenie, drugi dodał: „Tak jest, Panie.” Suriyagoda poszedł dalej, a obaj ruszyli wzdłuż ulicy. Nie miał prawa mówić tym ludziom: „Nie wolno wam zabijać! Puśćcie to zwierzę wolno! Jeśli naprawdę życzycie mu dobrze, nie ugryzie was.” Ale znowu zachował się stronniczo. Myślał sobie: „Brahmin by czegoś takiego nie zrobił. Wolałby raczej umrzeć.” Następnej nocy Suriyagoda miał sen. Widział zmarłego opata, swojego nauczyciela, stojącego wyraźnie przed sobą. Ten powiedział do niego: „Suriyagoda, czy idziesz wcześnie do sali jadalnej, nie będąc wcześniej w Viharze?”

Mnich obudził się ze strachem, mając sen wciąż żywo przed oczami. Prawie zniechęcony zapytał siebie: „Co to ma znaczyć? Przecież nigdy nie szedłem do sali jadalnej, nie będąc wcześniej w Viharze.” Ale ponieważ jego sumienie wobec nauki i wobec nauczyciela nie było czyste, zaczął wydłużać swoje praktyki.

BokRobot · Page 20 / 29

Pozbawił się snu, do czego nie był przyzwyczajony – gdyż uczniowie Buddy są wprawdzie przyzwyczajeni do życia surowego, lecz nie ascetycznego – i w rezultacie stał się zmęczony i nadmiernie pobudzony. Mnisi w tamtych czasach kąpali się w Naga-Pokana, czyli w „Łaźni Wężowej”, nazwanej tak ze względu na wyryty na skalnej ścianie jednej strony potężny, trójgłowy wąż. Pewnego dnia zdarzyło się, że kąpał się poza ustalonym czasem, tj. wieczorem, i w rezultacie robił to samotnie.

Kiedy, jak to było w zwyczaju wśród mnichów, ubrany w luźną szatę wewnętrzną, powoli wchodził do wody, zobaczył, jak z głębi ku niemu unosi się postać kobiety, piękna jak jedna z Asparas. Jednak gdy spojrzał w górę, zobaczył, że była to jego własna odbijająca się w wodzie sylwetka. Po raz pierwszy uświadomił sobie, jak wychudzony i jak wielkich oczu się stał. Pośmiał się pół żartobliwie, pół pogardliwie: „Czyli doszedłem do tego, że za dnia fantazjuję o kobietach”. Usiadł cicho na skale i spojrzał na ten niezrównany krajobraz u swoich stóp. Słońce zachodziło, wspaniałe jak bohater, otoczone niemal oszałamiającym płaszczem promieni. Nad bezkresną powierzchnią lasu leżał wonny, fioletowy blask, a po lewej stronie wyraźnie rysowały się dagoby z Anuradhapury — triumwirat Ruanweli, Abhayagiri i Jetawanarama — wyłaniające się z zielonego morza — cały świat jak jeden, spokojny festiwal.

Illustration for Przebudzenie Suriyagodas
BokRobot · Page 21 / 29

Siedział tam, ciało spięte, wzrok bezwzględnie utkwiony w płonącą kulę słońca. „Czym jest to życie bez czegoś Boskiego?” — powiedział w końcu cicho, jakby bał się dźwięku własnego głosu. „Nocą w obcym kraju”. Zaczął cicho kołysać górną częścią ciała tam i z powrotem. Nagle uświadomił sobie ten swój ruch. „Dlaczego więc kołyszę się tam i z powrotem jak słoń w stajni?” — pomyślał. Przypomniała mu się wtedy ta kobieta, która poprzedniego wieczora leżała na jego progu, błagając o miłość. Widział kołysanie jej ciężkimi, splecionymi włosami, które sięgały aż do bioder. Zauważył to wszystko, choć patrzył prosto przed siebie. Na chwilę ogarnęło go przemyślenie: „Czyż nie należy szukać także szczęścia w objęciach?” Ale to nie były obrazy, do których przyczepiała się wyobraźnia Suriyagodas. Zanim zdążył to przemyśleć, myśl ta została już wyparty przez to niespokojne poszukiwanie, te męki jego wielkiej miłości.

Kiedy wrócił do klasztoru, zastał ludzi zajętych budowaniem honorowych łuków z bambusa. Ponieważ nie był to czas pełni ani nowiu, zapytał stojącego obok mnicha o przyczynę. Ten spojrzał na niego zdumiony. „Czy nie wiesz, bracie, że jutro wprowadza się nowy opat?” Suriyagoda nic o tym nie wiedział. Zanurzony całkowicie w swoich myślach i wątpliwościach, przez cały ten czas żył jakby w oderwaniu. Następnego ranka nowy opat dokonał swego uroczystego wprowadzenia na świętą skałę, prowadzony przez Therów z Anuradhapury.

BokRobot · Page 22 / 29

Suriyagoda niemal ze strachem zobaczył, że był to ten sam mnich, z którym wiele lat temu wyruszył z domu swego ojca do Mihintale. Lata niewiele go zmieniły. Gdy spojrzał w tę surową, a jednak łagodną twarz mnicha, poczuł nagle: „Ten przyniesie pomoc”. Jeden po drugim mnisi z Mihintale klękali przed nowym przeorem, dotykając trzykrotnie ziemi złożonymi na czole dłońmi. Następnie wszyscy zebrali się w wielkiej hali, gdzie dla każdego przygotowano poduszkę w dwóch przeciwległych rzędach. Zgodnie z rangą, czyli stażem w zakonie, usiedli tak, że najstarsi mnisi zajęli miejsca na jednym końcu, a najmłodsi na drugim. Miejsce Suriyagody przypadło mniej więcej w środku. Siedział tam rozproszony i zdezorientowany. Wydawało mu się, że opat wpatruje w niego oczy, ale nie odważył się spojrzeć. Nagle przed nim stanął młodszy mnich i cicho powiedział, że opat chce go widzieć. Szybko podniósł wzrok i zobaczył, jak ten uśmiecha się do niego.

Gdy Suriyagoda uklęknął przed nim, ten nie odezwał się od razu. Suriyagoda poczuł, że jest badany, i obniżył twarz tak nisko ku ziemi, jak to było możliwe. Wtedy drugi, łagodnym i pełnym miłości głosem, który dziwnie kontrastował z surowością jego twarzy, zaczął wypytywać go o jego losy w ciągu tych wszystkich lat. Z obu stron padło tylko kilka cichych słów; potem Suriyagodę wypuszczono z tym samym uśmiechem pełnym miłości. Od tej chwili młody mnich nie mógł pozbyć się myśli: „Ten może przynieść pomoc”. Jednocześnie jednak dręczyła go ta sama wątpliwość: „Jeśli zapytam go, a on też nie będzie wiedział, jak pomóc – co wtedy?” Jego system woli był tak osłabiony, że stawiał świadomość +możliwej+ pomocy ponad próbą +rzeczywistej+ pomocy. W dniach pełni lub nowiu księżyca zamierzał się wyspowiadać, ale gdy nadszedł ten moment, te próby zawsze kończyły się pytaniem: „Co ja właściwie mam wyznać?”

To, z czym się zmagał – ta pierwotna skłonność ku czemuś Boskiemu – nie było dla niego jeszcze wystarczająco jasno sformułowane w kategoriach pojęciowych, by stać się przedmiotem spowiedzi. Ponadto spowiadać trzeba było grzechy. To, co się wyznaje, uznaje się za grzech dopiero poprzez sam akt spowiedzi. A ta walka z Bogiem – czy to w ogóle był grzech?

BokRobot · Page 23 / 29

Nie wszystko, co go otaczało, nie jego własne istnienie mówiło mu zawsze tylko jedno: „Musiał być jakiś Stwórca, musiał być jakiś Podtrzymywacz!” Tak właśnie dzieje się z nauką Buddy, gdy chce się ją zrozumieć jedynie rozumem, bez urzeczywistniania jej w sobie samym. Człowiek staje się podobny do głupca, który siedzi przed pełną miską ryżu i mówi: „Nie zjem z niej, dopóki nie zrozumiem, jak i dlaczego ten pokarm może zaspokoić głód”. Podczas jednego ze swoich samotnych spacerów, gdy – jak zawsze – pogrążony w zamyślonych wątpliwościach, ponownie stracił poczucie siebie, nagle zrodziła się w nim myśl, by całkowicie opuścić zakon, wrócić do domu swojego ojca i tam żyć dalej według zwyczajów swoich przodków. Myśl ta ogarnęła go tak potężnie, że postanowił zrealizować ją natychmiast, tak jak stał i szedł. Bez powrotu do klasztoru chciał natychmiast wyruszyć w drogę do Anuradhapury. Spojrzał badawczo na słońce.

Już wyraźnie schylało się, ale mógł dotrzeć do domu ojca krótko po zachodzie słońca. Od wielu lat nie słyszał nic o tym miejscu; tak naprawdę nie wiedział nawet, czy jego ojciec jeszcze żyje. Dla samego starca ten syn był martwy. Syn, który opuścił bogów swoich przodków, który gardził ofiarami, nie mógł już być jego dzieckiem. Całkiem stopniowo, bez nienawiści, ale i bez litości, odtrącił go, jak drzewo odrzuca uschnięty pęd. Pół wbrew własnej woli Suriyagoda skręcił w pierwszą boczną ścieżkę, która schodziła z świętej wyżyny, gdzie panowały czystość i wstrzemięźliwość, w dół, ku równinie, ku ludziom z ich troskami i brudem. Szedł tu przez gęsty pierwotny las, nad którym już panowała atmosfera wieczoru. Tu i ówdzie słychać było głuchy ryk małp. Teraz Suriyagoda usłyszał ciężki szum tuż nad sobą, w gałęziach. Były to dwa z tych brzydkich zwierząt, które się ze sobą szarpały.

BokRobot · Page 24 / 29

Niechętnie spojrzał przed siebie na ścieżkę. „Wszędzie miłość, wszędzie miłość!” Spieszył się dalej. Mimo wieloletniego przyzwyczajenia to zmierzchowe światło pierwotnego lasu wciąż wydawało mu się niesamowite. Znowu usłyszał ciężki szum, tym razem jednak z daleka, z gęstwiny. Zdrętwiał. „Słoń?” Następnie, zawstydzony własnym strachem, uparcie stanął. Chciał pozwolić tym uczuciom tchórzostwa minąć w stanie jasnej świadomości.

Stał tam nieruchomo, wpatrzony w ziemię. Przez drogę biegł sznurowaty konwój mrówek – jedna połowa armii w jednym kierunku, druga w przeciwnym, a każda w pośpiechu, jakby chciała wykorzystać ostatnią godzinę życia. „To ślepa miłość do domu ich napędza” – pomyślał Suriyagoda, patrząc zamyśleniem na to gwarne mrowisko. Nagle znów ten ciężki szum w gęstwinie, tym razem bliżej. Musiał to być słoń. Poczuł, jak drżą mu kolana. Tacy samotnie wędrujący słonie nie są tak pokojowi jak te z stad – można by niemal powiedzieć, że są kulturalne – lecz są najgorszym i najbardziej złośliwym dzikim zwierzęciem, jakie może spotkać człowieka. Chciał stąd uciec. Ale w następnej chwili znów ogarnęła go wstyd przed samym sobą. „Zanim zacznę się bać, chcę wiedzieć, dlaczego się boję” – powiedział niemal uparcie. W tym samym momencie wbił stopę w ziemną nawierzchnię ścieżki jak zapaśnik szukający oparcia wobec przeciwnika.

„Zanim zacznę się bać, chcę wiedzieć, dlaczego się boję.

Wtedy zobaczył, jak przez gęstwinę przebłyskuje coś białego, a człowiek, półczołgając się, zbliżał się do ścieżki, na której stał Suriyagoda.

BokRobot · Page 25 / 29

To był Wogiswera, lekarz i nauczyciel z dolnej części wsi. Zakłopotany mnich spojrzał na niego, gdy ten zbliżył się i głęboko się ukłonił. Zanim to uczynił, ostrożnie odłożył na bok pewnego rodzaju laskę do chodzenia oraz mały pakunek zawinięty w białą bawełnę. Po pozdrowieniu szybko się wyprostował i ponownie wziął laskę oraz pakunek. Tak oto w milczeniu kontynuowali marsz ścieżką w dół, Suriyagoda zbyt zajęty wstydem przed samym sobą, by zapytać drugiego, Wogiswera zaś zbyt skromny, by odezwać się do mnicha, któryemu należał się szacunek. Z pewnego rodzaju zrzędliwością Suriyagoda powtarzał sobie w kółko: „Przed czymże więc się bałem? W końcu wszystko jest boskie, a wszystko jest w Bogu – skąd więc ten strach? Co z moją wiarą? Zła jest jej kondycja! Głupcze, głupcze na obie strony!” Krótko się zaśmiał. Wogiswera rzucił mu nieśmiałe spojrzenie z boku. Był to mężczyzna prawie dwukrotnie starszy od mnicha.

Sam niegdyś mnich, wiele lat temu, tuż zanim Suriyagoda wstąpił do zakonu w Mihintale, uległ uwięzi miłości, ożenił się, spłodził dzieci i teraz zarabiał na życie nauczając dzieci z wioski oraz lecząc chorych. Z natury rozmowny, nic nie sprawiało mu większej trudności niż zachowanie milczenia. Wykorzystał więc moment, gdy Suriyagoda się zaśmiał i powiedział: „To trudne, Panie, to trudne”. Mnich spojrzał w górę. Jego wzrok utknął na białym pakunku Wogiswery. Nagle zapytał: „Co ty masz w tym pakunku?” Wogiswera natychmiast zaczął opowiadać: „Patrzcie, są w nim zioła; zioła lecznicze dla mojej żony. Jest chora, bardzo chora, a ma pięcioro dzieci! To trudne. To dobra kobieta, Panie! Najlepsza kobieta na świecie. Chcę wam opowiedzieć, jak zachorowała. Musicie wiedzieć, że była pełna nadziei. Niedawno zapragnęła cukru, białego cukru. Wysłała sługę. Ponieważ ten zbyt długo się spóźniał, sama wyszła do bramy ogrodu, by go poszukać.

I wtedy go zobaczyła, jak liże cukier. Aby go nie zawstydzić – pamiętajcie, Panie, aby go nie zawstydzić – szybko pochyliła się ku ziemi, jakby miała tam coś do zrobienia. I wtedy nadeszło nieszczęście. Zawsze była słaba i delikatna. A teraz to brzemię! Pięcioro dzieci, a w domu żadnej kobiety, tylko niepokój i krzyki.”

BokRobot · Page 26 / 29

Ach, Panie, gdybyś wiedział, jak często myślę o spokoju klasztornym. „Chciałbyś ponownie wstąpić do zakonu?” „Ach, jakże chętnie, Panie! Ale czy mogę? Teraz to tysiąc nici, a wtedy była jedna, jedyna. Mogłem ją zerwać – tak!” Przy czym wziął suchy źdźbło trawy i zerwał je między palcami. „Tak łatwo jest na początku oprzeć się pokusie. Im później, tym trudniej.” W tej chwili do nich dobiegł dźwięk klasztornego dzwonu z góry, głęboki, ciemny, donośny, zwiastujący ostatnią godzinę dnia. Obydwaj mimowolnie zatrzymali się i przysłuchiwali. Obydwaj liczyli uderzenia, jedno po drugim. Gdy ostatnie uderzenie ucichło, Wogiswera zaczął ponownie: „Widzicie, Panie, w życiu jest tak jak tutaj. Jedno uderzenie jest jak drugie – po prostu uderzenie. Ale jeśli zaczniecie liczyć, jedno uderzenie nabiera sensu i wartości dzięki drugiemu. Czymże jest ostatnie uderzenie, jeśli nie pierwszym? Po prostu uderzeniem.

Ale jeśli zaczniecie liczyć od pierwszego uderzenia, to jest to najwyższe uderzenie, jakie może być. Tak jest w życiu, Panie. Jedno jest jak drugie, po prostu uderzenie. Ale jeśli zaczniecie liczyć, jedno nabiera sensu i znaczenia dzięki drugiemu, a im dłużej liczcie, tym wyższa staje się jego wartość. Trzeba się więc poddać. Teraz już za późno. Czy jestem czymś więcej niż Buddą? On zostawił +jedno+ maleństwo, czy ja mogę zostawić pięcioro?” „Macie pięcioro synów?” zapytał roztrzęsiony Suriyagoda. „Nie, Panie. Mówię tylko tak. Pięcioro dzieci.” Zamilkł, a Suriyagoda ponownie pogrążył się w zamyśleniu. Nagle zaczął: „Nie boisz się w dżungli?” Wogiswera pokręcił głową. „Nie, Panie. Znam zaklęcie na węże i znam zaklęcie na słonie, a to zaklęcie na słonie jest tak silne, że – jak mówią – pomaga nawet niedźwiedziom.” „On wierzy,” pomyślał Suriyagoda. „Dlatego się nie boi.”

Wtedy dotarli do głównej drogi, która w prawo prowadziła w górę do klasztoru, a w lewo – w dół do wsi. „Tutaj jest wasza droga, Panie,” powiedział Wogiswera, wskazując w górę. „Muszę się spieszyć. Już prawie ciemno.” Przy czym ponownie szybko odłożył laskę i pakunek, uklęknął i pożegnał się z mnichem.

BokRobot · Page 27 / 29

Jakby nagle pozbawiony własnej woli, odwrócił się natychmiast w prawo i ruszył znaną ścieżką w górę ku klasztorowi, podczas gdy drugi pędził w dół, prawie biegając. Dotarłszy do klasztoru, Suriyagoda udał się natychmiast do opata, zanim jeszcze zdążył wejść do swojej celi; był teraz zdecydowany wyznać wszystko bez żadnych zastrzeżeń. Musiał wyznać swój plan opuszczenia klasztoru i zakonu bez uprzedniego powiadomienia. Opata zastano siedzącego w jego wysokim, przestronnym pokoju, który dzięki skromnemu oświetleniu wydawał się jeszcze większy; siedział on na bardzo niskim stołeczku, którego Suriyagoda nie pamiętał, by kiedykolwiek u niego widzieć. Było ono tak niskie, że kiedy mnich uklęknął przed nim, znajdowali się niemal na tej samej wysokości.

Opata miała przed sobą rękopis z palmowych liści i najwyraźniej czytał go lub rozmyślał nad jego treścią. Światło znajdowało się za nim, tak że jego twarz była w cieniu, podczas gdy na twarz Suriyagody padał pełny blask płomienia. Nie był to ani dzień nowiu, ani dzień pełni księżyca. Mimo to, kiedy mnich poprosił o możliwość spowiedzi jeszcze tego samego dnia, opata wyraziła swoją zgodę milczeniem.

W wewnętrznym pośpiechu Suriyagoda zaczął mówić, szeroko gestykulując, ale ściskając w sobie lata. Opowiadał o fakirze, który przepowiedział mu wielką miłość, o wachlarzu z liści palmowych, o starym opacie. Potem, jak wulkaniczna erupcja, partiami, niespójnie, wyrwało się z niego wyznanie jego wewnętrznych zmagań, tego przerażającego konfliktu między rozumem a sercem, który groził, że go pozbawi człowieczeństwa. O dzisiejszej próbie ucieczki nie myślał już wcale; byłby zbyt wyczerpany, by jeszcze o niej mówić. Opata siedział bez ruchu. Można by było go wziąć za śpiącego, gdyby oko nie było pełne, lecz z osobliwą sztywnością skupione na odbiciu światła, które płomień stojący za nim rzucał na metalową okładzinę małej kapliczki zawierającej święte pisma. Było to jak łagodne, lecz silne tryskanie, falowanie światła. Jak potężne oko, świeciło ono z głębi ciemnego pomieszczenia. Gdy mnich skończył, zapanowała długa cisza.

BokRobot · Page 28 / 29

Opata wciąż wpatrywał się nieruchomo w błyszczącą kulę światła przed sobą. W końcu zaczął mówić cicho i monotonicznie: „Słucham tego, a ty, bracie, słuchaj też. To jakby dzwon ogłaszał ostatnią godzinę dnia. Jeden uderzenie, jeszcze jedno – jeszcze jedno – dwanaście uderzeń. Każde z nich jest uderzeniem samym w sobie. Ale jeśli się je policzy, jedno uderzenie czerpie wartość i sens z drugiego – tak właśnie jest: wartość i sens jednego z drugiego.” Suriyagoda wpatrywał się w mówiącego, oczy szeroko otwarte. Jego oczy wciąż były nieruchomo skupione na kulce światła. Twarde bruzdy na wychudzonej twarzy były jeszcze głębsze niż zwykle. Usta poruszały się bezgłośnie, jakby mechanicznie, powtarzając ostatnie słowa. Nagle jego rysy ożywiły się jak po przebudzeniu. Oko, dotąd jakby skupione na nieskończoności, nabrało życia. Wzdychając lekko, poczuł, że wszystko minęło. Z zwykłą łagodnością spojrzał na mnicha klęczącego u jego stóp.

Zajął teraz wyższą pozycję siedzącą, a na jego twarzy malował się niemal uśmiech szelmowski, gdy mówił: „Bracie, czyż nie musimy wszyscy przejść przez wielką miłość? Jeden nazywa ją żoną, inny dzieckiem; jeden pieniędzmi, inny honorem, a jeszcze inny nazywa ją Bogiem. Ale wszystko to, nazwij to jakkolwiek chcesz, jest przecież niczym innym jak miłością do własnego ja. Bo: ‚Nie ze względu na żonę jest żona kochana – ze względu na siebie samego jest ona kochana.’“ I nawiązując do tych słów z Upaniszad, kontynuował: „Nie ze względu na Boskość jest Boskość kochana – ze względu na siebie samego jest ona kochana. Ale czymże jest to ja? Bracie, czy stało ci się już zupełnie jasne, czym jest to ja? Bracie, czy zrozumiałeś już, że ja jest bezpostaciowe, jak płomień podtrzymujący siebie samą dzięki paliwu, które pochłania w każdej chwili?

BokRobot · Page 29 / 29

Ale jeśli, Bracie, to zrozumienie nie stało ci się zupełnie jasne, że ja jest bezpostaciowe; idzie ci się jak tym, którzy w dniu poprzedzającym pełnię księżyca pytają z wahaniem: ‚Czy Księżyc jest już dziś pełny? Czy Księżyc dziś jeszcze nie jest pełny?’ – cóż, musisz więc niestrudzenie walczyć o taki wgląd, o taką wiedzę, o taką mądrość. Ale tak właśnie jest, Bracie! Ponieważ nie zna się siebie samego, dlatego się siebie samego kocha. A ponieważ się siebie samego kocha, dlatego kocha Boga. Ale gdy pozna się siebie samego, zrozumie się: ‚Od bezczasowości płonę, podtrzymując samą siebie siłą swojej woli’ – Bracie, cóż więc znaczy wtedy Bóg? Wszystko stało się jasne!” Przy ostatnich słowach wykonał cichy ruch ręką, który jednak sprawiał wrażenie, jakby opisywał nim całe wszechświat. Suriyagoda słuchał bez ruchu. Po ostatnich słowach wstał w milczeniu. Usiadł przed drzwiami swojej celi, tam, gdzie kobieta położyła kwiaty.

Illustration for Przebudzenie Suriyagodas

Całą noc siedział tak, ze skrzyżowanymi nogami, ciałem wyprostowanym, rękami splątanymi, wzrokiem mocno skierowanym do wewnątrz.

Illustration for Przebudzenie Suriyagodas

Kiedy po raz pierwszy spojrzał w górę, dagoby Anuradhapury już lśniły w pierwszym świetle nowego dnia. Teraz za jego plecami wznosił się słońce i zalewało światłem wszystko wokół. Suriyagoda wstał cicho, mocno potrząsnął swym płaszczem, ułożył go na nowo i udał się do opata. Padając znów przed nim na kolana, poprosił o pozwolenie, by od dziś mógł nauczać bez wachlarza. Ten, uśmiechając się cicho, wyraził zgodę. Wiedział: „W tej nocy ten brat przeszedł przez swoją wielką miłość, pojawił się w świetle i w świetle pozostanie”. Tak było z przebudzeniem Suriyagody.

BokRobot

BokRobot

BokRobot brings together books and fairy tales to read and explore. Discover a growing collection, or create books and fairy tales of your own.