Wydanie do czytania BokRobot
Książki
Za darmoHrabia Roland z Francji
Dostosuj
Trąby zabrzmiały i wojsko wyruszyło w drogę do Francji. Następnego dnia król Karol wezwał swoich panów. „Widzicie – rzekł – te wąskie przejścia. Kogo mam postawić na czele tylnej straży? Wybierzcie sami człowieka."
Rzekł Ganelon: „Kogo mamy wybrać, jeśli nie mojego zięcia, hrabiego Rolanda? Nie masz w swoim wojsku nikogo tak dzielnego. Zaprawdę, on będzie zbawieniem Francji."
Król rzekł, gdy usłyszał te słowa: „Co ci jest, Ganelonie? Wyglądasz jak opętany."
Gdy hrabia Roland dowiedział się, co o nim postanowiono, przemówił, jak przystało prawdziwemu rycerzowi: „Jestem ci wielce wdzięczny, teściu, że sprawiłeś, iż mnie postawiono na tym miejscu. Zaprawdę, król Francji nic nie straci z mojej winy – ani rumaka, ani muła, ani konia jucznego, ani zwierzęcia pociągowego."
Potem Roland zwrócił się do króla i rzekł: „Daj mi tylko dwadzieścia tysięcy, byle byli to ludzie mężni, a ja utrzymam przejścia w pełnym bezpieczeństwie. Dopóki ja żyję, nie musisz się bać żadnego człowieka."
Potem Roland dosiadł konia. Z nim byli Oliver, jego towarzysz, oraz Oto i Berenger, i Gerard z Rusillonu, sędziwy wojownik, i inni, ludzie sławni. I Turpin, arcybiskup, zawołał: „Na moją głowę, ja też pójdę." Tak wybrali dwadzieścia tysięcy wojowników, aby strzegli przejść.
Tymczasem król Karol wszedł w dolinę Roncesvalles. Wysokie były góry po obu stronach drogi, a doliny mroczne i ciemne. Lecz gdy wojsko przeszło przez dolinę, ujrzeli piękną ziemię Gaskonii, a gdy ją zobaczyli, pomyśleli o swoich domach, żonach i córkach. Nie było ani jednego, który by nie płakał z czułości serca. Lecz z całego tego zgromadzenia nikt nie był smutniejszy niż sam król, gdy pomyślał, jak pozostawił swego siostrzeńca, hrabiego Rolanda, za sobą w przejściach Hiszpanii.
A teraz saraceński król Marsyl zaczął zbierać swoją armię. Wydał surowy rozkaz wszystkim swoim panom i wodzom, aby przybyli do Saragossy z jak największą liczbą ludzi, jaką mogli zgromadzić. A gdy przybyli do miasta, a był to trzeci dzień od wydania rozkazu króla, oddali cześć wielkiemu posągowi Mahometa, fałszywego proroka, który stał na najwyższej wieży. Gdy to uczynili, wyszli z bram miasta. Spieszyli się, maszerując przez góry i doliny Hiszpanii, aż ujrzeli sztandar Francji, gdzie Roland, Oliver i Dwunastu Parów stało w szyku bojowym.
Saraceńscy wojownicy włożyli kolczugi, większość z nich podwójnej grubości, na głowy włożyli hełmy z Saragossy z dobrze hartowanej stali, a do boku przypięli miecze z Wiednia. Piękne były ich tarcze; ich lance były z Walencji; ich sztandary były białe, niebieskie i czerwone. Muły pozostawili służbie, a dosiadłszy rumaków, ruszyli naprzód.

Piękny był dzień i jasne słońce, gdy ich zbroja lśniła w świetle, a bębny biły tak głośno, że Francuzi usłyszeli dźwięk.
Rzekł Oliver do Rolanda: „Towarzyszu, zda mi się, że wkrótce stoczymy bitwę z Saracenami."
„Daj Boże – odpowiedział Roland. – Naszym obowiązkiem jest utrzymać to miejsce dla króla, i uczynimy to, co się stanie, niech się stanie. Co do mnie, nie dam złego przykładu."
Oliver wspiął się na szczyt wzgórza i stamtąd ujrzał całą armię pogan. Zawołał do swego towarzysza Rolanda: „Widzę błysk broni. My, ludzie Francji, będziemy mieli z tego niemały kłopot. To sprawka Ganelona, zdrajcy."
„Milcz – odpowiedział Roland – dopóki się nie dowiesz; nie mów o nim więcej."
Oliver spojrzał znowu ze szczytu wzgórza i zobaczył, jak Saraceni nadchodzą. Było ich tak wielu, że nie mógł policzyć ich hufców. Zszedł na równinę z całą szybkością, przybył do szyku Francuzów i rzekł: „Widziałem więcej pogan, niż kiedykolwiek człowiek widział razem na ziemi. Jest ich co najmniej sto tysięcy. Będziemy z nimi mieć taką bitwę, jaka nigdy przedtem nie była stoczona. Bracia moi z Francji, zachowajcie się jak mężowie, bądźcie silni; stójcie twardo, abyście nie zostali pokonani." I całe wojsko jednym głosem zawołało: „Przeklęty niech będzie ten, kto ucieknie."
Potem Oliver zwrócił się do Rolanda i rzekł: „Zadmij w swój róg; mój przyjacielu, Karol usłyszy go i zawróci."
„Byłbym głupcem – odpowiedział Roland – gdybym to uczynił. Nie tak; lecz zadam tym poganom potężne ciosy moim mieczem Durendalem. Źle zrobili, że odważyli się wejść w te przejścia. Przysięgam, że są skazani na śmierć, co do jednego."
Po chwili Oliver rzekł znowu: „Przyjacielu Rolandzie, zadmij w swój róg z kości słoniowej. Wtedy król wróci i przyprowadzi swoją armię na naszą pomoc." Lecz Roland odpowiedział znowu: „Nie okryję hańbą moich krewnych ani pięknej ziemi Francji. Mam swój miecz; to mi wystarczy. Ci źli poganie zebrali się przeciw nam na własną zgubę. Zaprawdę, żaden z nich nie ujdzie śmierci."
„Co do mnie – rzekł Oliver – nie widzę, gdzie byłaby hańba. Widziałem doliny i góry pokryte wielką mnogością Saracenów. Ich szyk jest zaprawdę potężny, a nas jest mało."
„Tym lepiej – odpowiedział Roland. – To dodaje mi odwagi. Lepiej umrzeć, niż być zhańbionym. I pamiętaj, im cięższe nasze ciosy, tym bardziej król nas będzie miłował."
Roland był odważny, ale Oliver był mądry. „Rozważ – rzekł – towarzyszu. Ci wrogowie są zbyt blisko nas, a król zbyt daleko. Gdyby tu był, nie bylibyśmy w niebezpieczeństwie; ale są tu dziś tacy, którzy nigdy już nie będą walczyć w innej bitwie."
Wtedy Turpin, arcybiskup, spiął konia ostrogami i podjechał na szczyt wzgórza. Potem zwrócił się do ludzi Francji i przemówił: „Panowie Francji, król Karol pozostawił nas tutaj; jest naszym królem i naszym obowiązkiem jest umrzeć za niego. Dziś nasza wiara chrześcijańska jest w niebezpieczeństwie: walczcie o nią. Walczyć musicie, bądźcie tego pewni, bo oto pod waszymi oczami są Saraceni. Wyspowiadajcie się więc z grzechów i módlcie się do Boga, aby miał nad wami miłosierdzie. A teraz dla zdrowia waszych dusz udzielę wam wszystkim rozgrzeszenia. Jeśli umrzecie, będziecie męczennikami Bożymi, każdy z was, a miejsca wasze są gotowe dla was w Jego Raju."
Wtedy ludzie Francji zsiedli z koni, uklękli na ziemi, a arcybiskup pobłogosławił ich w imię Boże. „Ale patrzcie – rzekł – wyznaczam wam pokutę – bijcie tych pogan." Potem ludzie Francji powstali z kolan. Otrzymali rozgrzeszenie i zostali uwolnieni od wszystkich grzechów, a arcybiskup pobłogosławił ich w imię Boże. Po tym dosiedli swoich rączych rumaków, przywdziali zbroje i przygotowali się do bitwy.

Rzekł Roland do Olivera: „Bracie, wiesz, że to Ganelon nas zdradził. Dobrą zapłatę otrzymał w złocie i srebrze; to król Marsyl zrobił z nas towar, ale zaprawdę, to naszymi mieczami zostanie zapłacony." To mówiąc, podjechał do przejścia, dosiadłszy swego dobrego rumaka Wejlantifa. Włócznię trzymał z ostrzem skierowanym ku niebu; nosiła białą chorągiew ze złotymi frędzlami, które opadały aż do jego rąk. Był to człowiek krzepki, a twarz miał piękną i uśmiechniętą. Za nim podążał Oliver, jego przyjaciel; a ludzie Francji wskazywali na niego, mówiąc: „Patrzcie na naszego mistrza!" Duma była w jego oku, gdy patrzył na Saracenów; lecz na ludzi Francji jego spojrzenie było pełne słodyczy i pokory. Z wielką uprzejmością przemówił do nich:
„Nie jedźcie tak szybko, moi panowie – rzekł; – zaprawdę, ci poganie przybyli tu, szukając męczeństwa. To piękny łup, który dziś z nich zgarniemy. Nigdy król Francji nie zdobył tak bogatego." I gdy to mówił, oba wojska starły się ze sobą.
Rzekł Oliver: „Nie uznałeś za stosowne, mój panie, zadąć w swój róg. Dlatego brak ci pomocy, którą król byłby przysłał. Nie jego to wina, bo nic nie wie o tym, co się stało. Lecz wy, panowie Francji, szarżujcie jak najdzielniej i nie ustępujcie ani na krok wrogowi. Myślcie tylko o dwóch rzeczach – jak zadać prosty cios i jak go przyjąć. I nie zapominajmy o okrzyku bojowym króla Karola."
Wtedy wszyscy ludzie Francji jednym głosem zawołali: „Montjoie!" Kto by ich tak usłyszał, nie wątpiłby, że są ludźmi mężnymi. Dumny był ich szyk, gdy jechali do boju, spinając konie, aby tym szybciej pędziły. A Saraceni z swojej strony ruszyli naprzód z ochotą. Tak oto Francuzi i poganie starli się w boju.
Wielu pogańskich wojowników poległo tego dnia. Żaden z Dwunastu Parów Francji nie zaniechał zabicia swego człowieka. Lecz ze wszystkich nikt nie zachowywał się tak dzielnie jak Roland. Wiele ciosów zadał wrogowi swoją potężną włócznią, a gdy włócznia rozprysnęła się w jego ręku, piętnastu wojowników poległo przed nią, wtedy chwycił swój dobry miecz Durendal i powalał człowieka za człowiekiem na ziemię. Czerwony był od krwi swoich wrogów, czerwona była jego kolczuga, czerwone ramiona, czerwone barki, a nawet szyja jego konia. Żaden z Dwunastu nie ociągał się z tyłu ani nie był powolny w ciosach, lecz hrabia Roland był najdzielniejszym z dzielnych. „Dobrze, synowie Francji! – zawołał Turpin, arcybiskup, gdy ujrzał, jak walczą w taki sposób."
Najbliżej Rolanda pod względem męstwa i wytrwałości stał Oliver, jego towarzysz. Wielu pogańskich wojowników położył trupem, aż w końcu jego włócznia rozprysnęła się w jego ręku. „Co robisz, towarzyszu? – zawołał Roland, gdy zauważył to nieszczęście. – Człowiek nie potrzebuje kija w takiej bitwie jak ta. To stal, i tylko stal, musi mieć. Gdzie jest twój miecz Hautclere, z rękojeścią ze złota i głowicą z kryształu?"
„Na moje słowo – rzekł Oliver – nie miałem czasu go wyciągnąć; tak byłem zajęty zadawaniem ciosów." Lecz gdy to mówił, wyciągnął dobry miecz z pochwy i uderzył pogańskiego rycerza, Justyna z Żelaznej Doliny. Był to potężny cios, rozcinający człowieka na dwoje aż do siodła – a nawet samo siodło ze złotymi i drogocennymi ozdobami, a także kręgosłup rumaka, na którym jechał, tak że koń i człowiek padli razem martwi na równinę. „Dobrze! – zawołał Roland; – jesteś prawdziwym moim bratem. To takie ciosy sprawiają, że król nas miłuje."
Niemniej jednak, mimo całego męstwa Rolanda i jego towarzyszy, bitwa toczyła się ciężko dla ludzi Francji. Wiele włóczni zostało skruszonych, wiele chorągwi podartych, a wielu dzielnych młodzieńców ściętych w kwiecie wieku. Nigdy już nie mieli ujrzeć matki i żony. To był zły uczynek, którego dokonał zdrajca Ganelon, sprzedając swoich towarzyszy królowi Marsylowi!

A teraz przydarzyło się nowe nieszczęście. Król Almaris z wielką hordą pogan, przybywszy nieznaną drogą, uderzył na tyły wojska, gdzie było inne przejście. Dzielnie walczył szlachetny Walter, który strzegł tego miejsca, z przybyszami, lecz oni przemogli jego i jego ludzi. Został zraniony czterema różnymi lancami i czterokrotnie mdlał, aż w końcu musiał opuścić pole bitwy, aby wezwać hrabiego Rolanda na pomoc. Lecz mała to była pomoc, którą Roland mógł dać jemu lub komukolwiek. Dzielnie podtrzymywał bitwę, a z nim Oliver, i Turpin, arcybiskup, i inni także; lecz szeregi ludzi Francji zostały przełamane, ich zbroje przebite, włócznie skruszone, a chorągwie wdeptane w kurz. Mimo to zadali taką rzeź wśród pogan, że król Almaris, który prowadził armie wroga, ledwie zdołał się wycofać do swoich, ranny w czterech miejscach i ciężko wyczerpany. Był to prawy wojownik; gdyby tylko był chrześcijaninem, niewielu mu dorównałoby w boju.
Hrabia Roland widział, jak ciężko ucierpieli jego ludzie, i tak przemówił do swego towarzysza Olivera: „Drogi towarzyszu, widzisz, ilu dzielnych ludzi leży martwych na ziemi. Słusznie możemy opłakiwać piękną Francję, osieroconą po tylu walecznych rycerzach. Ale dlaczego naszego króla tu nie ma? O Oliverze, mój bracie, co uczynimy, aby posłać mu wieści o naszym stanie?" „Nie wiem – odpowiedział Oliver. – Wiem tylko to, że śmierć należy wybrać raczej niż hańbę."
Po chwili Roland rzekł znowu: „Zadmucham w swój róg; król Karol usłyszy go, tam gdzie rozbił obóz za przejściami, i on i jego wojsko wrócą."
„To byłoby źle uczynione – odpowiedział Oliver – i przyniosłoby hańbę tobie i twojemu rodowi. Gdy ci dawałem tę radę, nie chciałeś jej. Teraz mi się ona nie podoba. Nie godzi się dzielnemu człowiekowi dąć w róg i wołać o pomoc, teraz gdy jesteśmy w takim położeniu."
„Bitwa jest dla nas zbyt ciężka – rzekł znowu Roland – i zadmę w swój róg, aby król usłyszał."
A Oliver odpowiedział znowu: „Gdy ci dawałem tę radę, wzgardziłeś nią. Teraz i mnie się ona nie podoba. To prawda, że gdyby król tu był, nie ponieślibyśmy tej straty. Ale to nie jego wina. To twoje szaleństwo, hrabio Rolandzie, zgładziło wszystkich tych ludzi Francji. Gdyby nie to, zwyciężylibyśmy w tej bitwie i pojmali oraz zabili króla Marsyla. Lecz teraz nie możemy nic zrobić dla Francji i króla. Możemy tylko umrzeć. Biada mi dla naszej ojczyzny, a także dla naszej przyjaźni, która dziś skończy się boleśnie."

Arcybiskup spostrzegł, że dwaj przyjaciele są w sporze, i spiął konia, aż przybył tam, gdzie stali. „Posłuchajcie mnie – rzekł – panie Rolandzie i panie Oliverze. Błagam was, nie sprzeczajcie się ze sobą w ten sposób. My, synowie Francji, którzy jesteśmy na tym miejscu, zaprawdę jesteśmy skazani na śmierć, ani zadęcie w twój róg nas nie zbawi, bo król jest daleko i nie zdąży przybyć. Niemniej jednak uważam, że dobrze będzie, jeśli zadmiesz. Gdy król i jego armia przybędą, znajdą nas martwymi – wiem to dobrze. Ale pomszczą nas, tak że nasi wrogowie nie odejdą z radością. I zabiorą też nasze ciała i przeniosą je do pochówku w świętych miejscach, aby psy i wilki ich nie pożarły."
„Dobrze mówisz – zawołał Roland – i przyłożył róg do ust i zadął w niego tak potężnie, że dźwięk było słychać na trzydzieści mil. Król Karol i jego ludzie usłyszeli go, a król rzekł: „Nasi rodacy walczą z wrogiem." Lecz Ganelon odpowiedział: „Panie, gdyby kto inny, nie ty, tak mówił, powiedziałbym, że mówi fałszywie."
Potem Roland zadął w róg po raz drugi; z wielkim bólem i cierpieniem ciała zadął, a czerwona krew trysnęła mu z ust; lecz dźwięk był słyszany jeszcze dalej niż za pierwszym razem. Znowu król usłyszał go, i wszyscy jego panowie, i wszyscy jego ludzie. „To – rzekł – róg Rolanda; nie zadąłby w niego, gdyby nie był w bitwie z wrogiem." Lecz Ganelon odpowiedział znowu: „Wierz mi, Panie, nie ma żadnej bitwy. Jesteś starym człowiekiem i masz dziecięce zachcianki. Wiesz, jakim potężnym człowiekiem męstwa jest ten Roland. Czy myślisz, że ktokolwiek odważyłby się go zaatakować? Nikt, zaprawdę. Jedź dalej, Panie; czemu się tu zatrzymujesz? Piękna ziemia Francji jest jeszcze daleko."
Roland zadął w róg po raz trzeci, a gdy król go usłyszał, rzekł: „Ten, kto zadął w ten róg, zaczerpnął głębokiego oddechu." A książę Najm zawołał: „Roland jest w opałach; na moje sumienie, walczy z wrogiem. Ktoś go zdradził; to on, nie wątpię, chce cię teraz oszukać. Do broni, Panie! wydaj swój okrzyk bojowy i przyjdź z pomocą swojemu domowi i swojej ojczyźnie. Usłyszałeś krzyk szlachetnego Rolanda."
Wtedy król Karol kazał zadąć wszystkim trąbom, i natychmiast wszyscy ludzie Francji uzbroili się w hełmy, kolczugi i miecze ze złotymi głowicami. Potężne były ich tarcze, a lance mocne, a chorągwie, które nieśli, były białe, czerwone i niebieskie. A gdy skończyli się uzbrajać, ruszyli z powrotem z całą szybkością. Nie było ani jednego, który by nie mówił do swego towarzysza: „Jeśli zastaniemy Rolanda jeszcze żywego, jakież to potężne ciosy zadamy dla niego!"
Lecz Ganelona król oddał w ręce chłopców ze swojej kuchni. „Weźcie tego zdrajcę – rzekł – który sprzedał swoją ojczyznę." Źle się wiodło Ganelonowi wśród nich. Wyrwali mu włosy i brodę i bili go kijami; potem włożyli mu na szyję wielki łańcuch, taki, jakim wiąże się niedźwiedzia, i przymocowali go do konia jucznego.
Gdy to uczyniono, król i jego armia pospieszyli z całą szybkością na pomoc Rolandowi. Na czele i w tyle trąby grały, jakby odpowiadając na róg Rolanda. Pełen gniewu był król Karol, jadąc; pełni gniewu byli wszyscy ludzie Francji. Nie było między nimi ani jednego, który by nie płakał i nie szlochał; nie było ani jednego, który by się nie modlił: „Teraz, Boże, utrzymaj Rolanda przy życiu, aż przybędziemy na pole bitwy, abyśmy mogli zadać cios za niego." Niestety!

wszystko to było daremne; nie mogli przybyć na czas, mimo całego pośpiechu.
Hrabia Roland rozejrzał się po zboczach gór i po równinach. Niestety! iluż to szlachetnych synów Francji ujrzał leżących na nich martwych! „Drodzy przyjaciele – rzekł, płacząc, gdy mówił – niech Bóg ma nad wami miłosierdzie i przyjmie was do swojego Raju! Wierniejszych towarzyszy nigdy nie widziałem. Jakże piękna ziemia Francji jest osierocona po swoich najdzielniejszych, a ja nie mogę wam pomóc. Oliverze, drogi towarzyszu, nie możemy się rozstać. Jeśli wróg mnie tu nie zabije, z pewnością zabije mnie smutek. Chodź więc, uderzmy na tych pogan."
Tak oto Roland znowu zaatakował wroga, trzymając w ręku swój dobry miecz Durendal; jak jeleń ucieka przed psami, tak poganie uciekali przed Rolandem. „Na moją wiarę – zawołał arcybiskup, gdy go ujrzał – to jest prawy rycerz! Taką odwagę, takiego rumaka i taką broń miło mi widzieć. Jeśli człowiek nie jest mężny i twardy w boju, lepiej, by był mnichem w jakimś klasztorze, gdzie może całymi dniami modlić się za nasze grzechy."
Teraz poganie, widząc, jak mało jest Francuzów, nabrali świeżej odwagi. I kalif, spinając konia, ruszył przeciw Oliverowi i uderzył go w środku pleców, przebijając go włócznią na wylot. „To ciężki cios – zawołał; – pomściłem moich przyjaciół i rodaków na tobie."
Wtedy Oliver wiedział, że jest śmiertelnie ranny, ale nie chciał paść bez zemsty. Swoim wielkim mieczem Hautclere uderzył kalifa w głowę i rozciął ją aż do zębów. „Przekleństwo na ciebie, poganinie. Ani twoja żona, ani żadna kobieta w ziemi twojego urodzenia nie będzie się chlubić, że wziąłeś od króla Karola choćby grosz!" Lecz do Rolanda zawołał: „Chodź, towarzyszu, pomóż mi; dobrze wiem, że my dwaj rozstaniemy się dziś w wielkim smutku."
Roland przybył z całą szybkością i ujrzał swego przyjaciela, jak leżał blady i mdlejący na ziemi, a krew tryskała wielkimi strumieniami z jego rany. „Nie wiem, co czynić – zawołał. – To zły los, który cię spotkał. Zaprawdę, Francja jest pozbawiona swego najdzielniejszego syna." To mówiąc, omal nie zemdlał w siodle, na którym siedział. Wtedy przydarzyło się dziwne zdarzenie. Oliver stracił tyle krwi, że nie mógł już wyraźnie widzieć ani poznać, kto jest przy nim. Podniósł więc ramię i uderzył z całą siłą, jaka mu jeszcze pozostała, w hełm swego przyjaciela Rolanda. Rozciął hełm na dwoje aż do przyłbicy; ale na szczęście nie zranił głowy.
Roland spojrzał na niego i rzekł łagodnym głosem: „Czy uczyniłeś to celowo? Jestem Roland, twój przyjaciel, i nie wyrządziłem ci krzywdy."
„Ach! – rzekł Oliver – słyszę, jak mówisz, ale nie widzę cię. Wybacz mi, że cię uderzyłem; nie było to celowe."
„Nie wyrządziło mi to krzywdy – odpowiedział Roland; – z całego serca i wobec Boga przebaczam ci." I tak oto ci dwaj przyjaciele rozstali się na koniec.
A teraz Oliver poczuł, jak bóle śmierci ogarniają go. Nie mógł już widzieć ani słyszeć. Zwrócił więc myśli ku pojednaniu z Bogiem, a złożywszy dłonie, wzniósł je ku niebu i uczynił spowiedź. „O Panie – rzekł – przyjmij mnie do Raju. I pobłogosław króla Karola i słodką ziemię Francji." A gdy to powiedział, umarł. I Roland patrzył na niego, jak leżał. Nie było na ziemi człowieka bardziej zasmuconego niż on. „Drogi towarzyszu – rzekł – to zaprawdę zły dzień. Przez wiele lat byliśmy razem. Nigdy nie wyrządziłem ci krzywdy; nigdy ty nie wyrządziłeś mi krzywdy. Jak zniosę życie bez ciebie?" I zemdlał tam, gdzie siedział na koniu.

Lecz strzemię podtrzymało go, że nie spadł na ziemię.
Gdy Roland odzyskał przytomność, rozejrzał się wokół i ujrzał, jak wielka klęska spotkała jego armię. Zostało mu bowiem tylko dwóch żywych: Turpin Arcybiskup i Walter z Humu. Walter właśnie przed chwilą zszedł z gór, gdzie tak zaciekle walczył z poganami, że wszyscy jego ludzie zginęli; teraz zawołał do Rolanda o pomoc. „Szlachetny hrabio, gdzie jesteś? Jestem Walter z Humu i nie jestem niegodny być twoim przyjacielem. Pomóż mi więc. Spójrz, jak moja włócznia jest złamana, a tarcza rozcięta na dwoje. Moja kolczuga jest w strzępach, a ciało ciężko zranione. Umieram, ale drogo sprzedałem swoje życie.”
Gdy Roland usłyszał jego krzyk, spiął konia ostrogami i pogalopował do niego. „Walterze”, rzekł, „jesteś dzielnym wojownikiem i godnym zaufania. Powiedz mi teraz, gdzie są tysiąc walecznych mężów, których wziąłeś z mojej armii. Byli to prawdziwie dobrzy żołnierze, a ja ich bardzo potrzebuję.”
„Polegli”, odpowiedział Walter; „nie ujrzysz ich więcej. Ciężką bitwę stoczyliśmy z Saracenami tam na wzgórzach; mieli tam ludzi z Kanaanu i ludzi z Armenii oraz Olbrzymów; nie było w ich armii lepszych wojowników niż ci. Tak się z nimi rozprawiliśmy, że nie będą się chlubić dzisiejszym dniem. Ale drogo nas to kosztowało; wszyscy ludzie z Francji leżą martwi na równinie, a ja jestem śmiertelnie ranny. I teraz, Rolandzie, nie wiń mnie, że uciekłem; bo jesteś moim panem, a cała moja ufność w tobie.”
„Nie winie cię”, rzekł Roland, „tylko dopóki żyjesz, pomóż mi przeciw poganom.” I gdy to mówił, zdjął swój płaszcz, podarł go na pasy i obwiązał nimi rany Waltera. Gdy to uczynił, on, Walter i Arcybiskup zajadle uderzyli na wroga. Dwudziestu pięciu zabił Roland, a Walter zabił sześciu, a Arcybiskup pięciu. Trzej waleczni wojownicy to byli; stali szybko i mocno, jeden obok drugiego; setki pogan były tam, ale nie śmieli zbliżyć się do tych trzech walecznych mistrzów Francji. Stali z daleka i ciskali w nich włócznie, oszczepy, dzidy i wszelkiego rodzaju broń. Walter z Humu został natychmiast zabity; a zbroja Arcybiskupa została skruszona, a on zraniony, a jego koń zabity pod nim. Niemniej podniósł się z ziemi, zachowując wciąż dzielne serce w piersi. „Jeszcze mnie nie pokonali”, rzekł; „dopóki dobry żołnierz żyje, nie poddaje się.”
Roland po raz kolejny wziął swój róg i zadął w niego, bo chciał wiedzieć, czy król Karol nadchodzi. Biada! Jakże słaby to był dźwięk, który wydobył. Ale Król usłyszał go i zatrzymał się, i nasłuchiwał. „Moi panowie!”, rzekł, „źle się dla nas dzieje, nie wątpię. Dziś stracimy, obawiam się bardzo, mojego dzielnego siostrzeńca Rolanda. Poznaję po dźwięku jego rogu, że ma już niewiele czasu do życia. Skierujcie swoje konie na pełną szybkość, jeśli chcecie zdążyć mu na pomoc, i niech każda trąba w armii zadmie w jeden głos.” Tak więc wszystkie trąby w wojsku zadęły w jeden głos; wszystkie doliny i wzgórza odezwały się echem; srodze zniechęceni byli poganie, gdy to usłyszeli.
„Król Karol wrócił”, krzyczeli; „wszyscy jesteśmy jak umarli. Gdy przybędzie, nie zastanie Rolanda żywego.” Wtedy czterystu z nich, najsilniejszych i najwaleczniejszych rycerzy w armii pogan, zebrało się w jedną gromadę i przypuściło jeszcze zacieklejszy atak na Rolanda.
Roland ujrzał ich nadchodzących i czekał na nich bez lęku. Dopóki żył, nie poddał się wrogowi ani nie ustąpił im pola. „Lepsza śmierć niż ucieczka”, rzekł, dosiadając swego dobrego rumaka Wejlantifa, i ruszył ku wrogowi. A u jego boku szedł pieszo Turpin Arcybiskup. Wtedy rzekł Roland do Turpina: „Jestem na koniu, a ty pieszo. Ale trzymajmy się razem; nigdy cię nie opuszczę; my dwaj staniemy przeciw tym pogańskim psom.

Nie mają oni, ręczę, wśród siebie takiego miecza jak Durendal.”
„Dobrze”, odpowiedział Arcybiskup. „Wstyd temu, kto nie uderza najzacieklej. I choć to nasza ostatnia bitwa, wiem dobrze, że król Karol weźmie za nas obfitą pomstę.”
Gdy poganie ujrzeli tych dwóch stojących razem, cofnęli się w strachu i cisnęli w nich włócznie, oszczepy i dzidy bez liku. Tarczę Rolanda złamali i jego kolczugę; ale jego nie zranili; niemniej wyrządzili mu ciężką krzywdę, bo zabili jego dobrego rumaka Wejlantifa. Trzydzieści ran otrzymał Wejlantif i padł martwy pod swoim panem. W końcu Arcybiskup został śmiertelnie ugodzony i Roland stanął sam, bo poganie uciekli sprzed jego oblicza.
Gdy Roland ujrzał, że Arcybiskup nie żyje, serce jego srodze się zasmuciło. Nigdy nie odczuł większego żalu po poległym towarzyszu, prócz po Oliwierze jedynie. „Karolu z Francji”, rzekł, „przybywaj jak najprędzej! Wielu dzielnych rycerzy straciłeś w Roncesvalles. Ale król Marsyl, ze swojej strony, stracił swoją armię. Za jednego, który poległ po tej stronie, poległo pełnych czterdziestu po tamtej.” To mówiąc, zwrócił się do Arcybiskupa; skrzyżował zmarłemu ręce na piersi i rzekł: „Polecam cię miłosierdziu Ojca. Nigdy człowiek nie służył Bogu z lepszą wolą, nigdy od początku świata nie żył mocniejszy obrońca wiary. Niech Bóg będzie ci łaskaw i obdarzy cię wszelkimi dobrami!”
Teraz Roland poczuł, że jego własna śmierć była blisko. W jedną rękę wziął swój róg, a w drugą swój dobry miecz Durendal, i przeszedł odległość około staja lub trochę więcej, aż dotarł do równiny, a w środku równiny stało małe wzgórze. Na szczycie wzgórza, w cieniu dwóch pięknych drzew, znajdowały się cztery marmurowe stopnie. Tam Roland upadł w omdleniu na trawę. Tam pewien Saracen go wypatrzył. Ów człowiek udał śmierć i położył się wśród poległych, pokrywszy swoje ciało i twarz krwią. Gdy zobaczył Rolanda, podniósł się z miejsca, gdzie leżał wśród zabitych, i pobiegł na to miejsce, a będąc pełen pychy i wściekłości, chwycił Hrabiego w ramiona, wołając głośno: „Pokonany jest, pokonany jest, pokonany jest, słynny siostrzeniec króla Karola! Patrzcie, oto jego miecz; to szlachetny łup, który zaniosę z powrotem do Arabii.” Następnie wziął miecz w jedną rękę, drugą zaś chwycił brodę Rolanda.
Ale gdy człowiek ten chwycił, Roland oprzytomniał i poznał, że ktoś zabiera mu jego miecz. Otworzył oczy, ale nie wypowiedział ani słowa, tylko to jedno: „Człowieku, nie jesteś jednym z naszych,” i zadał mu potężny cios w hełm. Przebił stal i głowę pod nią, i powalił człowieka martwego u swoich stóp. „Tchórzu,” rzekł, „co cię uczyniło tak zuchwałym, że śmiałeś położyć ręce na Rolandzie? Ktokolwiek go zna, uzna cię za głupca za twój czyn.”
I teraz Roland wiedział, że śmierć jest blisko. Podniósł się i zebrał całą swoją siłę—ach, jak blada była jego twarz!—i wziął w rękę swój dobry miecz Durendal. Przed nim stała wielka skała, a na nią w gniewie i bólu zadał dziesięć potężnych ciosów. Głośno zadzwoniła stal o kamień; ale ani się nie złamała, ani nie odprysnęła. „Pomóż mi,” zawołał, „o Maryjo, nasza Pani! O mój dobry mieczu, mój Durendalu, cóż za zły los mój! W dniu, gdy muszę się z tobą rozstać, moja władza nad tobą jest utracona. Wiele bitew wygrałem z twoją pomocą; i wiele królestw podbiłem, które mój pan Karol posiada dziś. Nigdy nikt cię nie posiadał, kto by uciekał przed innym. Dopóki żyję, nie będziesz mi odebrany, tak długo byłeś w rękach lojalnego rycerza.”
Następnie uderzył po raz drugi mieczem, tym razem w marmurowe stopnie. Głośno zadzwoniła stal, ale ani się nie złamała, ani nie odprysnęła. „O mój dobry Durendalu,” rzekł, „jaki jesteś jasny i czysty, świecący jak słońce! Dobrze pamiętam dzień, gdy głos, który zdawał się pochodzić z nieba, nakazał królowi Karolowi dać cię dzielnemu kapitanowi; i natychmiast dobry król przypasał cię do mego boku. Wiele ziem podbiłem z tobą dla niego, a teraz jak wielki jest mój smutek! Czy mogę umrzeć i zostawić cię, byś był w rękach jakiegoś poganina?” I po raz trzeci uderzył w skałę. Głośno zadzwoniła stal, ale się nie złamała, odbijając się, jakby chciała wznieść się ku niebu. „O Durendalu,” rzekł, „piękny miecz jesteś, i święty tak, jak piękny. W twojej rękojeści są święte relikwie, relikwie św. Piotra i św. Dionizego i św. Bazylego. Ci poganie nigdy cię nie posiądą; ani nie będziesz dzierżony, tylko przez chrześcijańską rękę.”

I teraz Roland wiedział, że śmierć jest bardzo blisko niego. Położył się z głową na trawie, podkładając pod siebie swój róg i swój miecz, z twarzą zwróconą ku pogańskiemu wrogowi. Pytacie, dlaczego to uczynił? Aby pokazać, zaprawdę, Karolowi Wielkiemu i ludziom Francji, że umarł w środku zwycięstwa. To uczyniwszy, głośno wyznał swoje grzechy, wyciągając rękę ku niebu: „Przebacz mi, Panie,” zawołał, „moje grzechy, małe i wielkie, wszystkie, które popełniłem od dnia mego narodzenia do tej godziny, w której jestem śmiertelnie rażony.” Tak się modlił; a gdy leżał, myślał o wielu rzeczach, o krajach, które podbił, i o swojej drogiej ojczyźnie Francji, i o swoich krewnych, i o dobrym królu Karolu. „O Panie,” rzekł, „który jesteś Bogiem prawdy i ocaliłeś Daniela, Twego proroka, od lwów, ocal moją duszę i broń ją od wszelkich niebezpieczeństw!”
Mówiąc to, podniósł swoją prawą rękę, z rękawicą jeszcze na niej, ku niebu, a jego głowa opadła w tył na ramię i aniołowie przenieśli go do nieba. Tak umarł wielki hrabia Roland.

BokRobot
BokRobot brings together books and fairy tales to read and explore. Discover a growing collection, or create books and fairy tales of your own.