BokRobot 읽기판
도서
무료Idealny interwał
버전 선택
Dźwięk dzwonka telefonu oderwał łagodne błękitne oczy stroiciela od talerza.
„Fis", zauważył. „Ten sam ton co dzwonek w moim sklepie."
„Jakie to niezwykłe, że potrafisz od razu nazwać wysokość dźwięku!" wykrzyknął profesor, przyglądając mu się z zainteresowaniem.
„To część mojego fachu", odparł stroiciel spokojnie. „Nie, dziękuję, proszę pani, bez śmietanki na budyniu. Nigdy nie ozdabiam lilii, jak mawiał mój ojciec. Nie stroiłbym fortepianów na całym świecie, zawsze z 'proszę wstąpić ponownie' za sobą, gdybym nie miał słuchu, prawda?"
„Ale być tak precyzyjnym! Myślałem, że stroi się akordami i melodiami i—i tym podobnymi rzeczami."
„Akordy! Melodie!" powtórzył stroiciel z zawodową pogardą. „Oczywiście niektórzy tak jakoś kombinują, ale to nic niewarte. Oktawa—to jest interwał, który wystawia na próbę słuch człowieka."
„Jesteś Grekiem w swoich upodobaniach", skomentował profesor z uśmiechem. „Grecy, jak wiesz, nie znali harmonii w naszym rozumieniu. Ich jedynym interwałem była oktawa—nazywali ją magadyzowaniem."
„No proszę, kto by pomyślał!" powiedział stroiciel. „Szkoda, że nie wiedziałem. Był pewien grecki marynarz na 'Silvershell', mógłbym z nim pogadać o jego muzyce."
„Miałem na myśli starożytnych Greków", wyjaśnił profesor. „Nie znam nowoczesnej muzyki greckiej, ale wyobrażam sobie, że jest bardzo podobna do współczesnej muzyki na całym świecie."
„Oczywiście", zgodził się stroiciel cynicznie. „Operetki, akordy, które dają wszystkim dziesięciu palcom coś do roboty—to jest muzyka, jaką teraz piszą. I nie mówię, że nie ma swojego miejsca", ciągnął. „Jest przynajmniej ludzka. Zawodowo podziwiam oktawę, ale kiedy siadam wieczorem, żeby trochę odpocząć, a moja córka Nora gra 'Dzwony wieczorne', to te akordy piętrzące się jeden na drugim nie ranią mnie tak, jak raniłyby kogoś innego. W końcu doskonałość bywa trochę surowa, prawda? Był na przykład Cartwright. Oktawa stała się dla niego jedynym doskonałym interwałem—biedny Cartwright!"
„Cartwright?" powtórzył profesor z ciekawością.
„Czy nigdy nie opowiadałem panu o Cartwrightcie? Hm! No cóż!"
# book_id: global-gutenberg-translation-3adb2343ac764f4d9a5c296f1efe1e52
# book_title: Idealny interwał
# chapter_id: 1-idealny-interwa
# chapter_title: Idealny interwał
# book_page: 1 / 14
# chapter_page: 1
# language: pl
# content_format: markdown
# reading_structure: unknown
# render_mode: prose
Dźwięk dzwonka telefonu oderwał łagodne błękitne oczy stroiciela od talerza.
„Fis", zauważył. „Ten sam ton co dzwonek w moim sklepie."
„Jakie to niezwykłe, że potrafisz od razu nazwać wysokość dźwięku!" wykrzyknął profesor, przyglądając mu się z zainteresowaniem.
„To część mojego fachu", odparł stroiciel spokojnie. „Nie, dziękuję, proszę pani, bez śmietanki na budyniu. Nigdy nie ozdabiam lilii, jak mawiał mój ojciec. Nie stroiłbym fortepianów na całym świecie, zawsze z 'proszę wstąpić ponownie' za sobą, gdybym nie miał słuchu, prawda?"
„Ale być tak precyzyjnym! Myślałem, że stroi się akordami i melodiami i—i tym podobnymi rzeczami."
„Akordy! Melodie!" powtórzył stroiciel z zawodową pogardą. „Oczywiście niektórzy tak jakoś kombinują, ale to nic niewarte. Oktawa—to jest interwał, który wystawia na próbę słuch człowieka."
„Jesteś Grekiem w swoich upodobaniach", skomentował profesor z uśmiechem. „Grecy, jak wiesz, nie znali harmonii w naszym rozumieniu. Ich jedynym interwałem była oktawa—nazywali ją magadyzowaniem."
„No proszę, kto by pomyślał!" powiedział stroiciel. „Szkoda, że nie wiedziałem. Był pewien grecki marynarz na 'Silvershell', mógłbym z nim pogadać o jego muzyce."
„Miałem na myśli starożytnych Greków", wyjaśnił profesor. „Nie znam nowoczesnej muzyki greckiej, ale wyobrażam sobie, że jest bardzo podobna do współczesnej muzyki na całym świecie."
„Oczywiście", zgodził się stroiciel cynicznie. „Operetki, akordy, które dają wszystkim dziesięciu palcom coś do roboty—to jest muzyka, jaką teraz piszą. I nie mówię, że nie ma swojego miejsca", ciągnął. „Jest przynajmniej ludzka. Zawodowo podziwiam oktawę, ale kiedy siadam wieczorem, żeby trochę odpocząć, a moja córka Nora gra 'Dzwony wieczorne', to te akordy piętrzące się jeden na drugim nie ranią mnie tak, jak raniłyby kogoś innego. W końcu doskonałość bywa trochę surowa, prawda? Był na przykład Cartwright. Oktawa stała się dla niego jedynym doskonałym interwałem—biedny Cartwright!"
„Cartwright?" powtórzył profesor z ciekawością.
„Czy nigdy nie opowiadałem panu o Cartwrightcie? Hm! No cóż!"Odsunął nieco krzesło od stołu, utkwił zamyślone spojrzenie w wybrykach pary wilg, wijących gniazdo za oknem, i przez chwilę medytował. Byliśmy zbyt mądrzy, by przerywać ciszę, wiedzieliśmy bowiem, że stroiciel wydobywa z magazynu bogatej pamięci nowy rozdział z odysei swoich wędrówek. Po chwili rozpoczął swoją opowieść.
To, co profesor powiedział tutaj o Grekach i ich oktawach, przywiodło mi na myśl Cartwrighta. Niewiele o nim mówiłem, bo nie ma wiele do opowiedzenia, co większość ludzi by zrozumiała. Molly, na przykład, zawsze nazywa go tym biednym zwariowanym panem Cartwrightem. Idealny interwał to nonsens, mówi Molly. Czerwone Skrzydło jest dla niej wystarczająco dobre. . . ale lepiej zacznę od początku.
To było wtedy, gdy Molly i ja odbywaliśmy podróż poślubną na trampie 'Silvershell', i pływaliśmy po Pacyfiku w poszukiwaniu kopry, wanilii i tych wszystkich ładunków, które brzmią tak romantycznie, gdy się jest młodym. Jednym z portów, do których zmierzaliśmy, było miejsce zwane Taku, na Wyspach Niebezpiecznych. Kapitan ostrzegał nas, że to będzie zła podróż.
„Ale powinieneś tam zrobić majątek", mówi, „bo założę się, że jesteś pierwszym stroicielem, który kiedykolwiek odwiedził to miejsce. Czy wrócisz do domu, aby wydać pieniądze, to już inna sprawa. To leży na kolanach bogów", mówi kapitan, który był człowiekiem po Oksfordzie i przejął tam kilka swoich powiedzonek.
Kiedy wpłynęliśmy między wyspy, zrozumiałem, co miał na myśli. Koralowe były, z rafami nad wodą i pod wodą. Molly i ja spaliśmy w pasach ratunkowych noc po nocy, a w ciągu dnia ledwo schodziliśmy na posiłki, zastanawiając się, jak przedostaniemy się przez to wrzące morze grzywaczy i ukrytych koralowych szczytów. Mieliśmy też kilka bliskich spotkań, ale dotarliśmy do Taku i zakotwiczyliśmy pewnego wieczoru w lagunie, która wyglądała, jakby mogła być namalowana na kolorowym kalendarzu—palmy, papugi, chaty tubylców i wszystko inne.
'Silvershell' miał stać w porcie przez jakiś czas, a kapitan powiedział nam, żebyśmy się rozglądali, ile dusza zapragnie.
# book_id: global-gutenberg-translation-3adb2343ac764f4d9a5c296f1efe1e52
# book_title: Idealny interwał
# chapter_id: 1-idealny-interwa
# chapter_title: Idealny interwał
# book_page: 2 / 14
# chapter_page: 2
# language: pl
# content_format: markdown
# reading_structure: unknown
# render_mode: prose
Odsunął nieco krzesło od stołu, utkwił zamyślone spojrzenie w wybrykach pary wilg, wijących gniazdo za oknem, i przez chwilę medytował. Byliśmy zbyt mądrzy, by przerywać ciszę, wiedzieliśmy bowiem, że stroiciel wydobywa z magazynu bogatej pamięci nowy rozdział z odysei swoich wędrówek. Po chwili rozpoczął swoją opowieść.
---
To, co profesor powiedział tutaj o Grekach i ich oktawach, przywiodło mi na myśl Cartwrighta. Niewiele o nim mówiłem, bo nie ma wiele do opowiedzenia, co większość ludzi by zrozumiała. Molly, na przykład, zawsze nazywa go tym biednym zwariowanym panem Cartwrightem. Idealny interwał to nonsens, mówi Molly. Czerwone Skrzydło jest dla niej wystarczająco dobre. . . ale lepiej zacznę od początku.
To było wtedy, gdy Molly i ja odbywaliśmy podróż poślubną na trampie 'Silvershell', i pływaliśmy po Pacyfiku w poszukiwaniu kopry, wanilii i tych wszystkich ładunków, które brzmią tak romantycznie, gdy się jest młodym. Jednym z portów, do których zmierzaliśmy, było miejsce zwane Taku, na Wyspach Niebezpiecznych. Kapitan ostrzegał nas, że to będzie zła podróż.
„Ale powinieneś tam zrobić majątek", mówi, „bo założę się, że jesteś pierwszym stroicielem, który kiedykolwiek odwiedził to miejsce. Czy wrócisz do domu, aby wydać pieniądze, to już inna sprawa. To leży na kolanach bogów", mówi kapitan, który był człowiekiem po Oksfordzie i przejął tam kilka swoich powiedzonek.
Kiedy wpłynęliśmy między wyspy, zrozumiałem, co miał na myśli. Koralowe były, z rafami nad wodą i pod wodą. Molly i ja spaliśmy w pasach ratunkowych noc po nocy, a w ciągu dnia ledwo schodziliśmy na posiłki, zastanawiając się, jak przedostaniemy się przez to wrzące morze grzywaczy i ukrytych koralowych szczytów. Mieliśmy też kilka bliskich spotkań, ale dotarliśmy do Taku i zakotwiczyliśmy pewnego wieczoru w lagunie, która wyglądała, jakby mogła być namalowana na kolorowym kalendarzu—palmy, papugi, chaty tubylców i wszystko inne.
'Silvershell' miał stać w porcie przez jakiś czas, a kapitan powiedział nam, żebyśmy się rozglądali, ile dusza zapragnie.„Tam na górze w misji są organy", mówi. „Mają astmę czy coś takiego. Jeśli możesz je wyleczyć, z przyjemnością pokryję rachunek. Jestem praktykującym człowiekiem, gdy jestem na lądzie", mówi kapitan, który lubił żartować, „ale te organy całkiem odbierają mi ochotę na religię."
No cóż, zrobiłem dobrą robotę z tymi organami, a panie były bardzo wdzięczne. Potem poszedłem do brytyjskiego komisarza, gdzie powiedziano mi, że jest fortepian wymagający uwagi. Davidson, komisarz, był niezwykle przyzwoitym facetem i skierował mnie do dwóch czy trzech innych drobnych prac strojenia i napraw, oprócz doprowadzenia jego własnego instrumentu do porządku. Panie misjonarki zaproponowały, żeby Molly i ja zatrzymali się u nich, dopóki 'Silvershell' jest w porcie, więc mogłem w ciągu dnia wykonać sporo pracy. Ale w tym miejscu było tylko dwadzieścia białych rodzin, a ja już prawie skończyłem robotę, gdy pewnego popołudnia Davidson zatrzymał mnie, gdy wracałem do misji, i poprosił, żebym wstąpił z nim do domu, bo jego przyjaciel chciał ze mną porozmawiać o dość dużej pracy naprawczej, którą pragnął zlecić.
Przyjacielem był Cartwright. Nigdy nie zapomnę tego pierwszego widoku go, do końca moich dni. Stał w wielkim pokoju muzycznym, nad którym pracowałem dla Davidsona dwa lub trzy dni wcześniej, a gdy weszliśmy, odwrócił się i spojrzał na nas takim wzrokiem!
„Och, to ty!" powiedział, jakby spodziewał się, że przez drzwi wejdzie coś strasznego. A potem, gdy Davidson nas przedstawił, skinął głową w nonszalancki sposób. Był jedynym mężczyzną, którego nazwałbym pięknym. Piękny—to było jedyne słowo, by go opisać. „Złoci chłopcy"—kiedyś usłyszałem aktora wygłaszającego o nich kwestię w sztuce, a teraz, gdy przypominam sobie to wyrażenie, myślę o Cartwrightcie.

Był złotym chłopcem, mimo swojej nawiedzonej, nieszczęśliwej twarzy.
„Mam w domu fortepian, który wymaga opieki", mówi do mnie po chwili. „Dość duża robota, ale jeśli zechcesz wrócić ze mną rano, wynagrodzę ci to."
„Jeśli to nie jest zbyt daleko", powiedziałem. „Zatrzymuję się tu tylko, dopóki 'Silvershell' jest w porcie."
# book_id: global-gutenberg-translation-3adb2343ac764f4d9a5c296f1efe1e52
# book_title: Idealny interwał
# chapter_id: 1-idealny-interwa
# chapter_title: Idealny interwał
# book_page: 3 / 14
# chapter_page: 3
# language: pl
# content_format: markdown
# reading_structure: unknown
# render_mode: prose
„Tam na górze w misji są organy", mówi. „Mają astmę czy coś takiego. Jeśli możesz je wyleczyć, z przyjemnością pokryję rachunek. Jestem praktykującym człowiekiem, gdy jestem na lądzie", mówi kapitan, który lubił żartować, „ale te organy całkiem odbierają mi ochotę na religię."
No cóż, zrobiłem dobrą robotę z tymi organami, a panie były bardzo wdzięczne. Potem poszedłem do brytyjskiego komisarza, gdzie powiedziano mi, że jest fortepian wymagający uwagi. Davidson, komisarz, był niezwykle przyzwoitym facetem i skierował mnie do dwóch czy trzech innych drobnych prac strojenia i napraw, oprócz doprowadzenia jego własnego instrumentu do porządku. Panie misjonarki zaproponowały, żeby Molly i ja zatrzymali się u nich, dopóki 'Silvershell' jest w porcie, więc mogłem w ciągu dnia wykonać sporo pracy. Ale w tym miejscu było tylko dwadzieścia białych rodzin, a ja już prawie skończyłem robotę, gdy pewnego popołudnia Davidson zatrzymał mnie, gdy wracałem do misji, i poprosił, żebym wstąpił z nim do domu, bo jego przyjaciel chciał ze mną porozmawiać o dość dużej pracy naprawczej, którą pragnął zlecić.
Przyjacielem był Cartwright. Nigdy nie zapomnę tego pierwszego widoku go, do końca moich dni. Stał w wielkim pokoju muzycznym, nad którym pracowałem dla Davidsona dwa lub trzy dni wcześniej, a gdy weszliśmy, odwrócił się i spojrzał na nas takim wzrokiem!
„Och, to ty!" powiedział, jakby spodziewał się, że przez drzwi wejdzie coś strasznego. A potem, gdy Davidson nas przedstawił, skinął głową w nonszalancki sposób. Był jedynym mężczyzną, którego nazwałbym pięknym. Piękny—to było jedyne słowo, by go opisać. „Złoci chłopcy"—kiedyś usłyszałem aktora wygłaszającego o nich kwestię w sztuce, a teraz, gdy przypominam sobie to wyrażenie, myślę o Cartwrightcie.
Był złotym chłopcem, mimo swojej nawiedzonej, nieszczęśliwej twarzy.
„Mam w domu fortepian, który wymaga opieki", mówi do mnie po chwili. „Dość duża robota, ale jeśli zechcesz wrócić ze mną rano, wynagrodzę ci to."
„Jeśli to nie jest zbyt daleko", powiedziałem. „Zatrzymuję się tu tylko, dopóki 'Silvershell' jest w porcie."„Niezbyt daleko", mówi Cartwright. „Mógłbym cię tu odwieźć za trzy lub cztery dni. I wynagrodzę ci to." Mimo swojej nonszalancji, było jasne, że bardzo mu zależy, żebym przyjechał.
Oczywiście powiedziałem, że pojadę, a Cartwright skinął głową, mruknął coś o tym, żebym był na nabrzeżu około piątej, i zostawił nas, ot tak.
„Ale nie powiedział mi, co trzeba zrobić z tym fortepianem", zwróciłem się do Davidsona.
„Prawdopodobnie wszystko, jak mniemam", odpowiada Davidson szorstko. „Nie był ruszany od dziesięciu lat."
„Dziesięć lat!" powiedziałem. „Nie powinien mieć fortepianu, skoro tak mało o niego dba."
„Może dbał o niego za bardzo", powiedział Davidson szczególnym tonem. Wyjął fajkę i zaczął się nią bawić, po czym ciągnął dalej. „Może powinienem ci powiedzieć. Nie dotknął fortepianu od nocy, gdy jego żona utopiła się. . . Byłem tam wtedy. Cartwright i Charlotta śpiewali razem."
„Czy Charlotta była jego żoną?"
„Jego kuzynką, córką sir Johna Brooke'a. Sir John to mój zwierzchnik, wiesz. Oczekują ich z Anglii niemal lada dzień."
Twarz Davidsona poczerwieniała na wzmiankę o imieniu dziewczyny, i nagle domyśliłem się, dlaczego tak mu zależało na doprowadzeniu fortepianu do porządku. Zastanawiałem się, czy to dla tej Charlotty Cartwright również się przygotowywał.
„Żona Cartwrighta była córką starego Miakeli, tubylczego wodza", to była zaskakująca informacja, którą Davidson podał mi następnie. „Kształciła się w klasztorze w Manili i była bardzo piękna w zimny, obcy sposób. Myślę jednak, że to jej głos pierwszy przyciągnął Cartwrighta. Był doskonały; sprawiał, że inne całkiem ładne głosy brzmiały szorstko i piskliwie. Cartwright przyjechał do Taku w odwiedziny do wuja i spotkał tę dziewczynę tutaj wieczorem, gdy wróciła z Manili. Następnego dnia się z nią ożenił—przejechał przez góry, by prosić ojca o pozwolenie. Ten stary dzikus—wyobraź sobie! Wybuchła ogromna awantura z sir Johnem, a Cartwright wziął dziewczynę i poszedł mieszkać na mały atol około czterdziestu mil stąd. . . Panna Charlotta nie przyjechała wtedy jeszcze ze szkoły z Anglii. Wróciła w następnym roku. . . Tak to się stało."
# book_id: global-gutenberg-translation-3adb2343ac764f4d9a5c296f1efe1e52
# book_title: Idealny interwał
# chapter_id: 1-idealny-interwa
# chapter_title: Idealny interwał
# book_page: 4 / 14
# chapter_page: 4
# language: pl
# content_format: markdown
# reading_structure: unknown
# render_mode: prose
„Niezbyt daleko", mówi Cartwright. „Mógłbym cię tu odwieźć za trzy lub cztery dni. I wynagrodzę ci to." Mimo swojej nonszalancji, było jasne, że bardzo mu zależy, żebym przyjechał.
Oczywiście powiedziałem, że pojadę, a Cartwright skinął głową, mruknął coś o tym, żebym był na nabrzeżu około piątej, i zostawił nas, ot tak.
„Ale nie powiedział mi, co trzeba zrobić z tym fortepianem", zwróciłem się do Davidsona.
„Prawdopodobnie wszystko, jak mniemam", odpowiada Davidson szorstko. „Nie był ruszany od dziesięciu lat."
„Dziesięć lat!" powiedziałem. „Nie powinien mieć fortepianu, skoro tak mało o niego dba."
„Może dbał o niego za bardzo", powiedział Davidson szczególnym tonem. Wyjął fajkę i zaczął się nią bawić, po czym ciągnął dalej. „Może powinienem ci powiedzieć. Nie dotknął fortepianu od nocy, gdy jego żona utopiła się. . . Byłem tam wtedy. Cartwright i Charlotta śpiewali razem."
„Czy Charlotta była jego żoną?"
„Jego kuzynką, córką sir Johna Brooke'a. Sir John to mój zwierzchnik, wiesz. Oczekują ich z Anglii niemal lada dzień."
Twarz Davidsona poczerwieniała na wzmiankę o imieniu dziewczyny, i nagle domyśliłem się, dlaczego tak mu zależało na doprowadzeniu fortepianu do porządku. Zastanawiałem się, czy to dla tej Charlotty Cartwright również się przygotowywał.
„Żona Cartwrighta była córką starego Miakeli, tubylczego wodza", to była zaskakująca informacja, którą Davidson podał mi następnie. „Kształciła się w klasztorze w Manili i była bardzo piękna w zimny, obcy sposób. Myślę jednak, że to jej głos pierwszy przyciągnął Cartwrighta. Był doskonały; sprawiał, że inne całkiem ładne głosy brzmiały szorstko i piskliwie. Cartwright przyjechał do Taku w odwiedziny do wuja i spotkał tę dziewczynę tutaj wieczorem, gdy wróciła z Manili. Następnego dnia się z nią ożenił—przejechał przez góry, by prosić ojca o pozwolenie. Ten stary dzikus—wyobraź sobie! Wybuchła ogromna awantura z sir Johnem, a Cartwright wziął dziewczynę i poszedł mieszkać na mały atol około czterdziestu mil stąd. . . Panna Charlotta nie przyjechała wtedy jeszcze ze szkoły z Anglii. Wróciła w następnym roku. . . Tak to się stało."Prawdę mówiąc, właściwie nie powiedział mi, jak to się stało, ale zaczął mówić o innych rzeczach, a po chwili pożegnałem się i poszedłem opowiedzieć Molly o mojej nowej pracy.
Chciałbym, żebyś pan zobaczył lagunę następnego ranka, gdy poszedłem spotkać się z Cartwrightem. Stare koralowe nabrzeże było zarumienione różem, który przechodził w liliowy pod wodą, liliowy w ametystowy, a potem w fioletowo-niebieski tam, gdzie 'Silvershell' spał na kotwicy pośrodku laguny. I cisza! Nigdzie ani zmarszczki, dopóki wysoka, o dziobowym kształcie tubylcza łódź nie wyśliznęła się z cienia palm wzdłuż brzegu, przecinając szklistą wodę jak łódź we śnie.
Gdy zbliżała się do nabrzeża, słońce wyskoczyło z morza, a Cartwright, cały na biało, stanął na rufie i osłonił oczy dłonią. Był jak obraz—jego nawiedzona uroda nad spiżowymi plecami wioślarzy.
Przeprosił za to, że wyciągnął mnie tak wcześnie, po czym zdawał się o mnie zapomnieć i siedział w milczeniu, ze wzrokiem wbitym w linię horyzontu. Nie żeby mi to przeszkadzało. Chciałem, żeby mnie zostawiono w spokoju, żebym mógł się rozglądać, gdy ślizgaliśmy się po morzu, które zdawało się nie mieć końca.
Gdy tylko wypłynęliśmy z laguny, mężczyźni pochylili się do wioseł z zapałem, wybuchając melodią, która przypominała mi jakąś pieśń hymnową. Nadali jej obcy charakter, kończąc każdą linijkę na oktawie.
„Niesamowity słuch!" powiedziałem.
„Co takiego?" zapytał Cartwright, gwałtownie odwracając głowę. Powtórzyłem, co powiedziałem. Spojrzał na mnie dziko, po czym zdawał się wziąć się w garść i mruknął jakąś odpowiedź.
„Cóż, jeśli zwykła uwaga tak na ciebie działa, mój chłopcze, będę siedział cicho", powiedziałem sobie i siedziałem cicho przez resztę podróży.
# book_id: global-gutenberg-translation-3adb2343ac764f4d9a5c296f1efe1e52
# book_title: Idealny interwał
# chapter_id: 1-idealny-interwa
# chapter_title: Idealny interwał
# book_page: 5 / 14
# chapter_page: 5
# language: pl
# content_format: markdown
# reading_structure: unknown
# render_mode: prose
Prawdę mówiąc, właściwie nie powiedział mi, jak to się stało, ale zaczął mówić o innych rzeczach, a po chwili pożegnałem się i poszedłem opowiedzieć Molly o mojej nowej pracy.
Chciałbym, żebyś pan zobaczył lagunę następnego ranka, gdy poszedłem spotkać się z Cartwrightem. Stare koralowe nabrzeże było zarumienione różem, który przechodził w liliowy pod wodą, liliowy w ametystowy, a potem w fioletowo-niebieski tam, gdzie 'Silvershell' spał na kotwicy pośrodku laguny. I cisza! Nigdzie ani zmarszczki, dopóki wysoka, o dziobowym kształcie tubylcza łódź nie wyśliznęła się z cienia palm wzdłuż brzegu, przecinając szklistą wodę jak łódź we śnie.
Gdy zbliżała się do nabrzeża, słońce wyskoczyło z morza, a Cartwright, cały na biało, stanął na rufie i osłonił oczy dłonią. Był jak obraz—jego nawiedzona uroda nad spiżowymi plecami wioślarzy.
Przeprosił za to, że wyciągnął mnie tak wcześnie, po czym zdawał się o mnie zapomnieć i siedział w milczeniu, ze wzrokiem wbitym w linię horyzontu. Nie żeby mi to przeszkadzało. Chciałem, żeby mnie zostawiono w spokoju, żebym mógł się rozglądać, gdy ślizgaliśmy się po morzu, które zdawało się nie mieć końca.
Gdy tylko wypłynęliśmy z laguny, mężczyźni pochylili się do wioseł z zapałem, wybuchając melodią, która przypominała mi jakąś pieśń hymnową. Nadali jej obcy charakter, kończąc każdą linijkę na oktawie.
„Niesamowity słuch!" powiedziałem.
„Co takiego?" zapytał Cartwright, gwałtownie odwracając głowę. Powtórzyłem, co powiedziałem. Spojrzał na mnie dziko, po czym zdawał się wziąć się w garść i mruknął jakąś odpowiedź.
„Cóż, jeśli zwykła uwaga tak na ciebie działa, mój chłopcze, będę siedział cicho", powiedziałem sobie i siedziałem cicho przez resztę podróży.Około południa kępa czegoś, co wyglądało jak kiście piór, wynurzyła się z morza przed nami. Wkrótce mogłem dostrzec różowawy grzbiet poniżej, potem linię bieli. Mężczyźni podnieśli brązowy żagiel, a w ciągu kolejnej godziny wśliznęliśmy się między dwa rzędy grzywaczy do najmniejszej laguny, jaką kiedykolwiek widziałem, leżącej w ramionach atolu w kształcie półksiężyca. Całość nie mogła mieć więcej niż cztery lub pięć mil długości i pięćdziesiąt stóp wysokości na grzbiecie. Na plaży była grupka tubylczych chat i rozległy dom wyżej, w gaju drzew chlebowych, cytrynowych i szkarłatnych drzew ognistych. Reszta wyspy była goła, z wyjątkiem zarośli pandanów wzdłuż grzbietu i grupy palm kokosowych na cyplu, których pnie pochylały się ku morzu, jakby wypatrywały czegoś na horyzoncie. Samotne miejsce, a jednak o ostrej, klejnotowej urodzie.
„Czy nie wejdzie pan na górę i nie odpocznie trochę?" zapytał Cartwright. „Miał pan wczesny start dziś rano."
Powiedziałem, że wolę od razu przejść do pracy. Nie zapomniałem, jak spojrzał na mnie w łodzi, i nie zamierzałem narażać się na kolejne takie spojrzenie.
„W porządku; pokażę panu fortepian", mówi. Ale nie ruszył się, tylko stał i wpatrywał się we mnie z miną małego chłopca, który wpakował się w jakieś tarapaty i zastanawiał się, czy mogę mu pomóc.
Nagle ruszył niemal biegiem i poprowadził mnie wokół brzegu na cypel pod palmami kokosowymi, gdzie w gęstej kępie drzew stał pawilon. Miejsce wyglądało, jakby nie było odwiedzane od lat. Ścieżka była zarośnięta podszytem, a wejście było prawie ukryte pod skręconymi linami lian, zwisającymi wężowo z gałęzi nad głową.
„Słodkie miejsce na fortepian", pomyślałem sobie. Ledwo mogłem uwierzyć, że to do fortepianu mnie prowadzi.
Ale gdy dotarliśmy do drzwi, zobaczyłem go w brezentowym pokrowcu, pół ukrytego pod leśnymi śmieciami, które przesączyły się przez połamane poszycie dachu. Gdy uniosłem róg pokrowca, coś wyskoczyło z szumem skrzydeł i z wrzaskiem przemknęło obok mojej głowy. Porządnie mnie przestraszyło.
„To tylko papuga", powiedział Cartwright. „Zburzył pan jej gniazdo, jak pan widzi. Niech pan uważa przy podnoszeniu wieka. W środku mogą być stonogi."
# book_id: global-gutenberg-translation-3adb2343ac764f4d9a5c296f1efe1e52
# book_title: Idealny interwał
# chapter_id: 1-idealny-interwa
# chapter_title: Idealny interwał
# book_page: 6 / 14
# chapter_page: 6
# language: pl
# content_format: markdown
# reading_structure: unknown
# render_mode: prose
Około południa kępa czegoś, co wyglądało jak kiście piór, wynurzyła się z morza przed nami. Wkrótce mogłem dostrzec różowawy grzbiet poniżej, potem linię bieli. Mężczyźni podnieśli brązowy żagiel, a w ciągu kolejnej godziny wśliznęliśmy się między dwa rzędy grzywaczy do najmniejszej laguny, jaką kiedykolwiek widziałem, leżącej w ramionach atolu w kształcie półksiężyca. Całość nie mogła mieć więcej niż cztery lub pięć mil długości i pięćdziesiąt stóp wysokości na grzbiecie. Na plaży była grupka tubylczych chat i rozległy dom wyżej, w gaju drzew chlebowych, cytrynowych i szkarłatnych drzew ognistych. Reszta wyspy była goła, z wyjątkiem zarośli pandanów wzdłuż grzbietu i grupy palm kokosowych na cyplu, których pnie pochylały się ku morzu, jakby wypatrywały czegoś na horyzoncie. Samotne miejsce, a jednak o ostrej, klejnotowej urodzie.
„Czy nie wejdzie pan na górę i nie odpocznie trochę?" zapytał Cartwright. „Miał pan wczesny start dziś rano."
Powiedziałem, że wolę od razu przejść do pracy. Nie zapomniałem, jak spojrzał na mnie w łodzi, i nie zamierzałem narażać się na kolejne takie spojrzenie.
„W porządku; pokażę panu fortepian", mówi. Ale nie ruszył się, tylko stał i wpatrywał się we mnie z miną małego chłopca, który wpakował się w jakieś tarapaty i zastanawiał się, czy mogę mu pomóc.
Nagle ruszył niemal biegiem i poprowadził mnie wokół brzegu na cypel pod palmami kokosowymi, gdzie w gęstej kępie drzew stał pawilon. Miejsce wyglądało, jakby nie było odwiedzane od lat. Ścieżka była zarośnięta podszytem, a wejście było prawie ukryte pod skręconymi linami lian, zwisającymi wężowo z gałęzi nad głową.
„Słodkie miejsce na fortepian", pomyślałem sobie. Ledwo mogłem uwierzyć, że to do fortepianu mnie prowadzi.
Ale gdy dotarliśmy do drzwi, zobaczyłem go w brezentowym pokrowcu, pół ukrytego pod leśnymi śmieciami, które przesączyły się przez połamane poszycie dachu. Gdy uniosłem róg pokrowca, coś wyskoczyło z szumem skrzydeł i z wrzaskiem przemknęło obok mojej głowy. Porządnie mnie przestraszyło.
„To tylko papuga", powiedział Cartwright. „Zburzył pan jej gniazdo, jak pan widzi. Niech pan uważa przy podnoszeniu wieka. W środku mogą być stonogi."„Jeśli pan usunie zwierzęta z zewnątrz, ja zajmę się wnętrzem", powiedziałem. „Wydaje mi się, że tańszy fortepian wystarczyłby papugom do gniazdowania, proszę pana."
„Wydaje się to panu dziwne", powiedział potulnie, marszcząc lekko czoło. „Chciałbym móc to wyjaśnić—"
Urwał, a ja nie odpowiedziałem ani słowa, ale zacząłem oglądać fortepian. To był Broadwood, fortepian koncertowy, ale w jakim stanie! Musiałem się powstrzymywać, żeby nie powiedzieć mu jeszcze kilku słów prawdy.
Przez trzy dni pracowałem nad tym biednym instrumentem. Młotki objedzone przez białe mrówki, struny zniszczone rdzą morską, popękane klawisze, nic naprawdę w porządku poza płytą rezonansową. A cały czas pracowałem, papugi krzyczały nad moją głową, pasaty wiały przez podarte poszycie palm, fale biły o różowe i fioletowe rafy za cyplem, a ja myślałem, jaki to dziwny początek i ile będę miał do opowiedzenia Molly, gdy wrócę.
Co jakiś czas Cartwright zatrzymywał się na kilka minut w drzwiach i prowadził urywaną rozmowę, patrząc na fortepian jak głodny człowiek. Zatrzymał się na dość długo trzeciego ranka. Byłem zajęty strojeniem i nie miałem wiele do powiedzenia, ale stopniowo podszedł bliżej.
„Jak postępuje?" zapytał.
„Wszystko w porządku, oprócz jednej struny", powiedziałem. „Niech pan spróbuje tonu, proszę pana."
„Nie mogę go dotknąć, nie mogę go dotknąć", mówił do siebie, ale cały czas zbliżał się, jakby coś go ciągnęło. Wyciągnął rękę i uderzył oktawę B.
„Górne B jest nieme!" zawołał.
Wyjaśniłem, że struna pękła dwa razy i nie zdążyłem jeszcze włożyć nowej.
„Pękła!" mówi dziko. „Nie może jej tam nie być. A teraz nie będę mógł pozbyć się tego dźwięku z głowy!"
Przypuszczam, że zobaczył coś w mojej twarzy, co przywróciło mu panowanie nad sobą. To było żałosne widzieć, jak się opanowuje.
„Niech pan zrobi, co w pana mocy, stary druhu", mówi pospiesznie. „Polegam na panu. Mój wuj i kuzynka mają wkrótce wrócić z Anglii. Chcę—chcę, żeby wszystko było w porządku, gdy przyjedzie moja kuzynka Charlotta."
Wypowiedział imię dziewczyny, jakby to był talizman.
# book_id: global-gutenberg-translation-3adb2343ac764f4d9a5c296f1efe1e52
# book_title: Idealny interwał
# chapter_id: 1-idealny-interwa
# chapter_title: Idealny interwał
# book_page: 7 / 14
# chapter_page: 7
# language: pl
# content_format: markdown
# reading_structure: unknown
# render_mode: prose
„Jeśli pan usunie zwierzęta z zewnątrz, ja zajmę się wnętrzem", powiedziałem. „Wydaje mi się, że tańszy fortepian wystarczyłby papugom do gniazdowania, proszę pana."
„Wydaje się to panu dziwne", powiedział potulnie, marszcząc lekko czoło. „Chciałbym móc to wyjaśnić—"
Urwał, a ja nie odpowiedziałem ani słowa, ale zacząłem oglądać fortepian. To był Broadwood, fortepian koncertowy, ale w jakim stanie! Musiałem się powstrzymywać, żeby nie powiedzieć mu jeszcze kilku słów prawdy.
Przez trzy dni pracowałem nad tym biednym instrumentem. Młotki objedzone przez białe mrówki, struny zniszczone rdzą morską, popękane klawisze, nic naprawdę w porządku poza płytą rezonansową. A cały czas pracowałem, papugi krzyczały nad moją głową, pasaty wiały przez podarte poszycie palm, fale biły o różowe i fioletowe rafy za cyplem, a ja myślałem, jaki to dziwny początek i ile będę miał do opowiedzenia Molly, gdy wrócę.
Co jakiś czas Cartwright zatrzymywał się na kilka minut w drzwiach i prowadził urywaną rozmowę, patrząc na fortepian jak głodny człowiek. Zatrzymał się na dość długo trzeciego ranka. Byłem zajęty strojeniem i nie miałem wiele do powiedzenia, ale stopniowo podszedł bliżej.
„Jak postępuje?" zapytał.
„Wszystko w porządku, oprócz jednej struny", powiedziałem. „Niech pan spróbuje tonu, proszę pana."
„Nie mogę go dotknąć, nie mogę go dotknąć", mówił do siebie, ale cały czas zbliżał się, jakby coś go ciągnęło. Wyciągnął rękę i uderzył oktawę B.
„Górne B jest nieme!" zawołał.
Wyjaśniłem, że struna pękła dwa razy i nie zdążyłem jeszcze włożyć nowej.
„Pękła!" mówi dziko. „Nie może jej tam nie być. A teraz nie będę mógł pozbyć się tego dźwięku z głowy!"
Przypuszczam, że zobaczył coś w mojej twarzy, co przywróciło mu panowanie nad sobą. To było żałosne widzieć, jak się opanowuje.
„Niech pan zrobi, co w pana mocy, stary druhu", mówi pospiesznie. „Polegam na panu. Mój wuj i kuzynka mają wkrótce wrócić z Anglii. Chcę—chcę, żeby wszystko było w porządku, gdy przyjedzie moja kuzynka Charlotta."
Wypowiedział imię dziewczyny, jakby to był talizman.Tego wieczoru, gdy paliliśmy, znów zaczął mówić o swojej kuzynce. Mieszkała z jego rodziną, gdy chodziła do szkoły, powiedział mi, a ona i Cartwright byli wielkimi przyjaciółmi.
„Była pokrzepieniem", powiedział. „Sprawiała, że człowiek czuł się szczęśliwy i—i normalny." Potem powiedział tonem, jakby spodziewał się, że mu zaprzeczę: „Miała też dobry słuch muzyczny. Nie doskonały, oczywiście. . . Czy znał pan kiedyś kogoś z tak doskonałym słuchem, że zadowalał go tylko ósmy interwał?"
„Jednego lub dwóch", powiedziałem, zastanawiając się, do czego teraz zmierza. „Ale to byli dziwacy. Moim zdaniem należy kochać muzykę z umiarem."
„Z umiarem, właśnie tak", powtórzył Cartwright cichym głosem. „Moja kuzynka kochała ją z umiarem. Ja nie mogłem. Doskonałość—byłem dręczony tą myślą."
Czekałem, a po chwili mówił dalej.
„Nigdy nie potrafiłem kochać rzeczy z umiarem. Chciałem doskonałości. Muzyka, miłość—pragnąłem się w nich zatopić, ale nie mogłem, bo zawsze coś raziło, a potem stawałem się zimny. Moja kuzynka Charlotta śmiała się ze mnie. Miała słodki głos. Nie doskonały jednak, i czasami doprowadzało mnie do szaleństwa słyszeć skazy, których większość ludzi w ogóle nie zauważała. A jednak nawet w wieku szesnastu lat Charlotta była mi droższa niż ktokolwiek inny na ziemi.
„Potem przyjechałem do Taku i spotkałem Lulukuilę. Była piękna ponad wszystko, o czym kiedykolwiek marzyłem. Przy niej inne kobiety wyglądały niezgrabnie. Zatrzymała się na noc u mojego wuja, a następnego dnia przybyła eskorta od starego wodza, jej ojca—sześciu dzikusów w spódniczkach z pandanów i naszyjnikach. Te stworzenia przybyły, by zabrać prawdziwy kwiat kobiecości z powrotem do niecywilizowanych warunków. Nie potrafię panu powiedzieć, jak straszne mi się to wydawało. I dlatego się z nią ożeniłem."
Cartwright zerwał się i zaczął chodzić tam i z powrotem. Po chwili przeszedł na inny temat.
# book_id: global-gutenberg-translation-3adb2343ac764f4d9a5c296f1efe1e52
# book_title: Idealny interwał
# chapter_id: 1-idealny-interwa
# chapter_title: Idealny interwał
# book_page: 8 / 14
# chapter_page: 8
# language: pl
# content_format: markdown
# reading_structure: unknown
# render_mode: prose
Tego wieczoru, gdy paliliśmy, znów zaczął mówić o swojej kuzynce. Mieszkała z jego rodziną, gdy chodziła do szkoły, powiedział mi, a ona i Cartwright byli wielkimi przyjaciółmi.
„Była pokrzepieniem", powiedział. „Sprawiała, że człowiek czuł się szczęśliwy i—i normalny." Potem powiedział tonem, jakby spodziewał się, że mu zaprzeczę: „Miała też dobry słuch muzyczny. Nie doskonały, oczywiście. . . Czy znał pan kiedyś kogoś z tak doskonałym słuchem, że zadowalał go tylko ósmy interwał?"
„Jednego lub dwóch", powiedziałem, zastanawiając się, do czego teraz zmierza. „Ale to byli dziwacy. Moim zdaniem należy kochać muzykę z umiarem."
„Z umiarem, właśnie tak", powtórzył Cartwright cichym głosem. „Moja kuzynka kochała ją z umiarem. Ja nie mogłem. Doskonałość—byłem dręczony tą myślą."
Czekałem, a po chwili mówił dalej.
„Nigdy nie potrafiłem kochać rzeczy z umiarem. Chciałem doskonałości. Muzyka, miłość—pragnąłem się w nich zatopić, ale nie mogłem, bo zawsze coś raziło, a potem stawałem się zimny. Moja kuzynka Charlotta śmiała się ze mnie. Miała słodki głos. Nie doskonały jednak, i czasami doprowadzało mnie do szaleństwa słyszeć skazy, których większość ludzi w ogóle nie zauważała. A jednak nawet w wieku szesnastu lat Charlotta była mi droższa niż ktokolwiek inny na ziemi.
„Potem przyjechałem do Taku i spotkałem Lulukuilę. Była piękna ponad wszystko, o czym kiedykolwiek marzyłem. Przy niej inne kobiety wyglądały niezgrabnie. Zatrzymała się na noc u mojego wuja, a następnego dnia przybyła eskorta od starego wodza, jej ojca—sześciu dzikusów w spódniczkach z pandanów i naszyjnikach. Te stworzenia przybyły, by zabrać prawdziwy kwiat kobiecości z powrotem do niecywilizowanych warunków. Nie potrafię panu powiedzieć, jak straszne mi się to wydawało. I dlatego się z nią ożeniłem."
Cartwright zerwał się i zaczął chodzić tam i z powrotem. Po chwili przeszedł na inny temat.„Jej głos był tak doskonały jak twarz", powiedział, „a jej słuch był absolutny. W tamtych pierwszych dniach chodziliśmy na cypel, gdzie stoi pawilon, i siadaliśmy, patrząc na rafy, i myślałem, że w końcu znalazłem szczęście. Lubiłem słuchać, jak odpowiada na pewną nutę, którą wydają fale na tamtych rafach, gdy jest odpowiedni przypływ. Podejmowała tę nutę o oktawę wyżej i to było ekscytujące—doskonałość jej słuchu. Posłałem po fortepian do domu, wyobrażając sobie, że będzie więzią między nami. Myślałem, że nauczę ją piosenek, które Charlotta i ja śpiewaliśmy razem.
„Ale ona znienawidziła fortepian", wyrzucił z siebie Cartwright stłumionym głosem. „Przypuszczam, że byłem raczej głupcem na początku. Tak łaknąłem znajomej muzyki. Lulukuila nie mogła znieść muzyki, z którą się wychowałem. Wywoływała w niej obce cechy—wybuchy namiętności, napady nastrojów. Oktaw, tych słuchała. Kiedyś, gdy dodałem oktawę, zerwała się i chwyciła moje ręce. Do dziś pamiętam, jak wyglądała.
„'Jesteś pociągany przez wiele głosów', powiedziała. 'Dla ciebie powinien być tylko jeden.'
„Poszła potem do pawilonu, a gdy poszedłem jej szukać, śpiewała, podążając za tym dźwiękiem, jaki przypływ wydawał na rafach. Doskonałość jej słuchu przyprawiła mnie o dreszcz. Zacząłem go wtedy nienawidzić. Widziałem, że Lulukuila zniszczy moją przyjemność z muzyki, którą kochałem. Okradała mnie—"
Nie sądzę, żeby Cartwright w tym momencie mówił do kogokolwiek konkretnego. Jego głos opadł i wiele straciłem, aż usłyszałem, jak wspomina kuzynkę. Zatrzymał się wtedy i spojrzał na mnie po raz pierwszy.
„Mój wuj zerwał ze mną, gdy ożeniłem się z Lulukuilą", powiedział, „ale gdy moja kuzynka Charlotta przyjechała z Anglii, namówiła ojca, żeby przyjechał z nią. Przywiozła też Davidsona—dobry człowiek, ten Davidson.
„Musiałem być stęskniony, bo ich widok zdawał się budzić mnie z koszmaru. Pamiętam, że byliśmy bardzo weseli przy kolacji. Potem Charlotta i ja śpiewaliśmy. Myślałem o tym, jakie to dobre, znów słyszeć muzykę z domu, gdy dostrzegłem twarz Lulukuili w smudze światła, która sięgała do miejsca, gdzie siedzieli pozostali.

Jej twarz była biała, a zęby wgryzały się w wargę.
# book_id: global-gutenberg-translation-3adb2343ac764f4d9a5c296f1efe1e52
# book_title: Idealny interwał
# chapter_id: 1-idealny-interwa
# chapter_title: Idealny interwał
# book_page: 9 / 14
# chapter_page: 9
# language: pl
# content_format: markdown
# reading_structure: unknown
# render_mode: prose
„Jej głos był tak doskonały jak twarz", powiedział, „a jej słuch był absolutny. W tamtych pierwszych dniach chodziliśmy na cypel, gdzie stoi pawilon, i siadaliśmy, patrząc na rafy, i myślałem, że w końcu znalazłem szczęście. Lubiłem słuchać, jak odpowiada na pewną nutę, którą wydają fale na tamtych rafach, gdy jest odpowiedni przypływ. Podejmowała tę nutę o oktawę wyżej i to było ekscytujące—doskonałość jej słuchu. Posłałem po fortepian do domu, wyobrażając sobie, że będzie więzią między nami. Myślałem, że nauczę ją piosenek, które Charlotta i ja śpiewaliśmy razem.
„Ale ona znienawidziła fortepian", wyrzucił z siebie Cartwright stłumionym głosem. „Przypuszczam, że byłem raczej głupcem na początku. Tak łaknąłem znajomej muzyki. Lulukuila nie mogła znieść muzyki, z którą się wychowałem. Wywoływała w niej obce cechy—wybuchy namiętności, napady nastrojów. Oktaw, tych słuchała. Kiedyś, gdy dodałem oktawę, zerwała się i chwyciła moje ręce. Do dziś pamiętam, jak wyglądała.
„'Jesteś pociągany przez wiele głosów', powiedziała. 'Dla ciebie powinien być tylko jeden.'
„Poszła potem do pawilonu, a gdy poszedłem jej szukać, śpiewała, podążając za tym dźwiękiem, jaki przypływ wydawał na rafach. Doskonałość jej słuchu przyprawiła mnie o dreszcz. Zacząłem go wtedy nienawidzić. Widziałem, że Lulukuila zniszczy moją przyjemność z muzyki, którą kochałem. Okradała mnie—"
Nie sądzę, żeby Cartwright w tym momencie mówił do kogokolwiek konkretnego. Jego głos opadł i wiele straciłem, aż usłyszałem, jak wspomina kuzynkę. Zatrzymał się wtedy i spojrzał na mnie po raz pierwszy.
„Mój wuj zerwał ze mną, gdy ożeniłem się z Lulukuilą", powiedział, „ale gdy moja kuzynka Charlotta przyjechała z Anglii, namówiła ojca, żeby przyjechał z nią. Przywiozła też Davidsona—dobry człowiek, ten Davidson.
„Musiałem być stęskniony, bo ich widok zdawał się budzić mnie z koszmaru. Pamiętam, że byliśmy bardzo weseli przy kolacji. Potem Charlotta i ja śpiewaliśmy. Myślałem o tym, jakie to dobre, znów słyszeć muzykę z domu, gdy dostrzegłem twarz Lulukuili w smudze światła, która sięgała do miejsca, gdzie siedzieli pozostali.
Jej twarz była biała, a zęby wgryzały się w wargę.„Charlotta właśnie wtedy przestała grać i zapytała, dlaczego wszedłem w oktawę. Akord, powiedziała, jest o wiele ładniejszy. Nie mogłem jej powiedzieć, że to interwał Lulukuili mnie prześladuje. Nawet nie wiedziałem, że śpiewam oktawę", dodał Cartwright z nagłym śmiechem. Potem mówił dalej.
„Nie śpiewaliśmy już więcej, ale wyszliśmy do reszty. Lulukuili tam nie było. Właśnie pytałem Davidsona, gdzie poszła, gdy usłyszałem plusk w lagunie. W jednej chwili przypomniałem sobie, jak wyglądała jej twarz w świetle lampy, i ruszyłem ścieżką w dół. . . Dotarłem za późno."
Po chwili zaczął mamrotać w bezładny sposób. „Osiągnęła swoje. Od tamtej pory nie dotknąłem fortepianu. Ale teraz chyba mam prawo, skoro Charlotta wraca—trochę szczęścia."
„To jest rzecz, o której trzeba teraz myśleć, proszę pana", powiedziałem, zastanawiając się, czy mam zawołać jego służącego, czy pozwolić mu się wygadać. „Nie był pan winien temu, co się stało. Niech pan teraz myśli o swojej kuzynce."
„Moja kuzynka, tak", szepnął Cartwright. Opanował się z ostrym oddechem.
„Obawiam się, że za dużo nagadałem", powiedział swoim zwykłym tonem. „Jest późno. Musi pan chcieć iść spać."
Skomentowaliśmy parność nocy, rozstając się. Gwiazdy były ukryte w jakiejś mgle, a powietrze stało się tak nieruchome, że chrząszcze uderzające o liście bananowca nad głową przerażały jak huk artylerii.
W środku zastałem Simmonsa, służącego Cartwrighta, stukającego w barometr.
„Spadł niezwykle szybko", powiedział do mnie Simmons. „Tak samo jak przed huraganem pięć lat temu."
„Huragan!" powiedziałem. „Czy wyrządził wiele szkód?"
„Nie ma o czym mówić", powiedział Simmons. „Kilka tubylczych chat zostało zmiecionych, gdy woda cofnęła się do laguny, ale ludzie zdążyli dostać się tutaj na górę. Trudno powiedzieć, co by się stało, gdyby woda podniosła się o dwie stopy wyżej."
„Mam nadzieję, że tym razem nie będzie huraganu", powiedziałem, myśląc o Molly.
„Mam taką nadzieję, z pewnością", mówi Simmons, pogrzebowym głosem.
Potrzeba było czegoś więcej niż spadającego barometru, żeby odebrać mi sen w tamtych dniach, i tej nocy spałem twardszej niż zwykle.
# book_id: global-gutenberg-translation-3adb2343ac764f4d9a5c296f1efe1e52
# book_title: Idealny interwał
# chapter_id: 1-idealny-interwa
# chapter_title: Idealny interwał
# book_page: 10 / 14
# chapter_page: 10
# language: pl
# content_format: markdown
# reading_structure: unknown
# render_mode: prose
„Charlotta właśnie wtedy przestała grać i zapytała, dlaczego wszedłem w oktawę. Akord, powiedziała, jest o wiele ładniejszy. Nie mogłem jej powiedzieć, że to interwał Lulukuili mnie prześladuje. Nawet nie wiedziałem, że śpiewam oktawę", dodał Cartwright z nagłym śmiechem. Potem mówił dalej.
„Nie śpiewaliśmy już więcej, ale wyszliśmy do reszty. Lulukuili tam nie było. Właśnie pytałem Davidsona, gdzie poszła, gdy usłyszałem plusk w lagunie. W jednej chwili przypomniałem sobie, jak wyglądała jej twarz w świetle lampy, i ruszyłem ścieżką w dół. . . Dotarłem za późno."
Po chwili zaczął mamrotać w bezładny sposób. „Osiągnęła swoje. Od tamtej pory nie dotknąłem fortepianu. Ale teraz chyba mam prawo, skoro Charlotta wraca—trochę szczęścia."
„To jest rzecz, o której trzeba teraz myśleć, proszę pana", powiedziałem, zastanawiając się, czy mam zawołać jego służącego, czy pozwolić mu się wygadać. „Nie był pan winien temu, co się stało. Niech pan teraz myśli o swojej kuzynce."
„Moja kuzynka, tak", szepnął Cartwright. Opanował się z ostrym oddechem.
„Obawiam się, że za dużo nagadałem", powiedział swoim zwykłym tonem. „Jest późno. Musi pan chcieć iść spać."
Skomentowaliśmy parność nocy, rozstając się. Gwiazdy były ukryte w jakiejś mgle, a powietrze stało się tak nieruchome, że chrząszcze uderzające o liście bananowca nad głową przerażały jak huk artylerii.
W środku zastałem Simmonsa, służącego Cartwrighta, stukającego w barometr.
„Spadł niezwykle szybko", powiedział do mnie Simmons. „Tak samo jak przed huraganem pięć lat temu."
„Huragan!" powiedziałem. „Czy wyrządził wiele szkód?"
„Nie ma o czym mówić", powiedział Simmons. „Kilka tubylczych chat zostało zmiecionych, gdy woda cofnęła się do laguny, ale ludzie zdążyli dostać się tutaj na górę. Trudno powiedzieć, co by się stało, gdyby woda podniosła się o dwie stopy wyżej."
„Mam nadzieję, że tym razem nie będzie huraganu", powiedziałem, myśląc o Molly.
„Mam taką nadzieję, z pewnością", mówi Simmons, pogrzebowym głosem.
Potrzeba było czegoś więcej niż spadającego barometru, żeby odebrać mi sen w tamtych dniach, i tej nocy spałem twardszej niż zwykle.W końcu obudziłem się w piekielnym zgiełku—wycie wiatru, trzask gałęzi i grzmot fal z rafy barierowej.
„To huragan, którego ten sowa Simmons nam życzył", pomyślałem. Zapaliłem zapałkę, by znaleźć ubranie, ale podmuch wiatru ją zgasił. Próbowałem po raz trzeci, gdy wszedł Simmons, niosąc jedną z dwóch okrętowych latarni, które Cartwright trzymał przy drzwiach wejściowych.
"Czy wiesz, gdzie jest pan Cartwright?" – mówi Simmons.
"Ja? Nie. Czy nie leży w łóżku?"
Simmons pokręcił głową. "Obawiam się, że poszedł na dół do pawilonu. Zaczął się martwić o fortepian. Widzę, że druga latarnia zniknęła. Muszę iść za nim."
"W takim razie pójdę z tobą" – powiedziałem. "Potrzymaj tylko światło, a ja znajdę ubranie."
Zwykle ta jorkszyrska twarz Simmonsa nie miała więcej wyrazu niż granitowa płyta, ale teraz wyglądał na dostatecznie ludzkiego. Jeśli troszczył się o kogokolwiek na ziemi, to o Cartwrighta. Nie byłem w domu trzech dni, a już to odkryłem.
Wzdrygnąłem się, gdy przechodziliśmy przez wielki pokój, bo podłoga była pokryta postaciami rozciągniętymi jak trupy na matach. "Z chat na plaży" – wyjaśnił Simmons. "To właśnie sprawia, że myślę, że będzie to wielka burza."
Zaparł się, aby utrzymać dla mnie drzwi otwarte, i dodał nagłym krzykiem, gdy ryk burzy ogarnął nas: "Trochę silniejsza niż ostatnio, a pawilon by runął."
Ścieżka do pawilonu biegła tuż nad koralowym żwirem u stóp grzbietu. Zwykle była dziesięć stóp nad przypływem, ale gdy szliśmy dalej z trudem, tuląc się do zbocza, aby nie zostać zwiani na płasko przez wiatr, mogłem dostrzec kremową, ponurą wodę nie dwa metry dalej. Podchodziła cicho, a bezgłośność jej wznoszenia się była bardziej niesamowita niż cały gwar i ryk na rafach na zewnątrz.
Walczyliśmy, aby iść dalej, a Simmons trzymał mnie, żebym nie został wdmuchnięty do laguny. Zacząłem żałować, że przyszedłem, i pomyślałem o spokojnym domu misyjnym w Taku i o Molly.
"Pan Cartwright jest tam" – mówi nagle Simmons do mego ucha. "Widzę jego światło. Trzymaj się mocno. Wiatr jest gorszy tutaj."
I był. Przyszedł straszliwy podmuch, przyciskając nas do kolan. Zobaczyłem ogromną masę, która runęła między nami a pawilonem. Światło zniknęło.
# book_id: global-gutenberg-translation-3adb2343ac764f4d9a5c296f1efe1e52
# book_title: Idealny interwał
# chapter_id: 1-idealny-interwa
# chapter_title: Idealny interwał
# book_page: 11 / 14
# chapter_page: 11
# language: pl
# content_format: markdown
# reading_structure: unknown
# render_mode: prose
W końcu obudziłem się w piekielnym zgiełku—wycie wiatru, trzask gałęzi i grzmot fal z rafy barierowej.
„To huragan, którego ten sowa Simmons nam życzył", pomyślałem. Zapaliłem zapałkę, by znaleźć ubranie, ale podmuch wiatru ją zgasił. Próbowałem po raz trzeci, gdy wszedł Simmons, niosąc jedną z dwóch okrętowych latarni, które Cartwright trzymał przy drzwiach wejściowych.
"Czy wiesz, gdzie jest pan Cartwright?" – mówi Simmons.
"Ja? Nie. Czy nie leży w łóżku?"
Simmons pokręcił głową. "Obawiam się, że poszedł na dół do pawilonu. Zaczął się martwić o fortepian. Widzę, że druga latarnia zniknęła. Muszę iść za nim."
"W takim razie pójdę z tobą" – powiedziałem. "Potrzymaj tylko światło, a ja znajdę ubranie."
Zwykle ta jorkszyrska twarz Simmonsa nie miała więcej wyrazu niż granitowa płyta, ale teraz wyglądał na dostatecznie ludzkiego. Jeśli troszczył się o kogokolwiek na ziemi, to o Cartwrighta. Nie byłem w domu trzech dni, a już to odkryłem.
Wzdrygnąłem się, gdy przechodziliśmy przez wielki pokój, bo podłoga była pokryta postaciami rozciągniętymi jak trupy na matach. "Z chat na plaży" – wyjaśnił Simmons. "To właśnie sprawia, że myślę, że będzie to wielka burza."
Zaparł się, aby utrzymać dla mnie drzwi otwarte, i dodał nagłym krzykiem, gdy ryk burzy ogarnął nas: "Trochę silniejsza niż ostatnio, a pawilon by runął."
Ścieżka do pawilonu biegła tuż nad koralowym żwirem u stóp grzbietu. Zwykle była dziesięć stóp nad przypływem, ale gdy szliśmy dalej z trudem, tuląc się do zbocza, aby nie zostać zwiani na płasko przez wiatr, mogłem dostrzec kremową, ponurą wodę nie dwa metry dalej. Podchodziła cicho, a bezgłośność jej wznoszenia się była bardziej niesamowita niż cały gwar i ryk na rafach na zewnątrz.
Walczyliśmy, aby iść dalej, a Simmons trzymał mnie, żebym nie został wdmuchnięty do laguny. Zacząłem żałować, że przyszedłem, i pomyślałem o spokojnym domu misyjnym w Taku i o Molly.
"Pan Cartwright jest tam" – mówi nagle Simmons do mego ucha. "Widzę jego światło. Trzymaj się mocno. Wiatr jest gorszy tutaj."
I był. Przyszedł straszliwy podmuch, przyciskając nas do kolan. Zobaczyłem ogromną masę, która runęła między nami a pawilonem. Światło zniknęło."Drzewo chlebowe" – powiedział Simmons ochrypłym głosem. Przedarł się przez powalone gałęzie, a ja zdołałem podążyć za nim, drżąc na myśl o tym, co zrobiłby mi jeden zły krok.
W końcu dostrzegliśmy Cartwrighta zmagającego się wśród gruzów przyniesionych przez upadłe drzewo.
"Ty, Simmons?" – zawołał. "Szybko! Pomóż z tym fortepianem. Musimy go przenieść na wyższy teren."

Jego głos brzmiał dość rozsądnie, ale to była mowa szaleńca. Jedyna ścieżka na grzbiet to była zwykła kozia dróżka, całkowicie wystawiona na wiatr. A Cartwright sugerował, abyśmy wnieśli tam fortepian! Simmons szarpnął latarnią do twarzy Cartwrighta. Było w niej szaleństwo z nawiązką. Ale moje słowo! Jakże pięknie wyglądał ze swymi jasnymi, rozwianymi włosami i oczami fioletowoczarnymi z podniecenia.
"Po pana przyszliśmy, proszę pana" – mówi do niego Simmons. "Woda szybko się podnosi. Nie ma czasu do stracenia."
"Musimy najpierw ocalić fortepian" – mówi Cartwright z naciskiem. Nastała cisza, a jego głos zabrzmiał bardzo wyraźnie. Simmons wykonał rozpaczliwy gest.
"Zbiera się na gorsze" – mruknął. Wtrąciłem się.
"Jeśli ten wiatr znów się zerwie, będziemy musieli walczyć o własne życie" – zawołałem. "To nie jest ludzko możliwe, abyśmy przenieśli ten fortepian. Chodź, panie, póki jest czas!"
"I znów go opuścić?" – pyta z dziwnym, małym uśmiechem. "Żądasz ode mnie zbyt wiele, stary druhu. A co z Charlotte?"
"Ona nie będzie dbać o fortepian!" – Mogłem tupnąć nogą na niego. "O pana się będzie martwić. Nie bądź osłem." To pokazuje, jak bardzo byłem poza sobą, że mogłem mówić do niego w ten sposób. Długi, złowróżbny huk wstrząsnął ciszą.
"To fala przechodząca przez rafy" – mówi Simmons stłumionym głosem.
"Na Jowisza, masz rację!" – wykrzykuje Cartwright, odrzucając głowę do tyłu. Jego głos był chłopięcy i energiczny. "Chodźcie, musimy rzucić się do ucieczki." I szarpiąc latarnią, dosłownie przepędził nas przez plątaninę do klifu.
Tam znów rozpętała się nad nami wichura. Leżeliśmy płasko na twarzach, czepiając się kurczowo łodyg krzepkich, małych palm pandanowych.
# book_id: global-gutenberg-translation-3adb2343ac764f4d9a5c296f1efe1e52
# book_title: Idealny interwał
# chapter_id: 1-idealny-interwa
# chapter_title: Idealny interwał
# book_page: 12 / 14
# chapter_page: 12
# language: pl
# content_format: markdown
# reading_structure: unknown
# render_mode: prose
"Drzewo chlebowe" – powiedział Simmons ochrypłym głosem. Przedarł się przez powalone gałęzie, a ja zdołałem podążyć za nim, drżąc na myśl o tym, co zrobiłby mi jeden zły krok.
W końcu dostrzegliśmy Cartwrighta zmagającego się wśród gruzów przyniesionych przez upadłe drzewo.
"Ty, Simmons?" – zawołał. "Szybko! Pomóż z tym fortepianem. Musimy go przenieść na wyższy teren."
Jego głos brzmiał dość rozsądnie, ale to była mowa szaleńca. Jedyna ścieżka na grzbiet to była zwykła kozia dróżka, całkowicie wystawiona na wiatr. A Cartwright sugerował, abyśmy wnieśli tam fortepian! Simmons szarpnął latarnią do twarzy Cartwrighta. Było w niej szaleństwo z nawiązką. Ale moje słowo! Jakże pięknie wyglądał ze swymi jasnymi, rozwianymi włosami i oczami fioletowoczarnymi z podniecenia.
"Po pana przyszliśmy, proszę pana" – mówi do niego Simmons. "Woda szybko się podnosi. Nie ma czasu do stracenia."
"Musimy najpierw ocalić fortepian" – mówi Cartwright z naciskiem. Nastała cisza, a jego głos zabrzmiał bardzo wyraźnie. Simmons wykonał rozpaczliwy gest.
"Zbiera się na gorsze" – mruknął. Wtrąciłem się.
"Jeśli ten wiatr znów się zerwie, będziemy musieli walczyć o własne życie" – zawołałem. "To nie jest ludzko możliwe, abyśmy przenieśli ten fortepian. Chodź, panie, póki jest czas!"
"I znów go opuścić?" – pyta z dziwnym, małym uśmiechem. "Żądasz ode mnie zbyt wiele, stary druhu. A co z Charlotte?"
"Ona nie będzie dbać o fortepian!" – Mogłem tupnąć nogą na niego. "O pana się będzie martwić. Nie bądź osłem." To pokazuje, jak bardzo byłem poza sobą, że mogłem mówić do niego w ten sposób. Długi, złowróżbny huk wstrząsnął ciszą.
"To fala przechodząca przez rafy" – mówi Simmons stłumionym głosem.
"Na Jowisza, masz rację!" – wykrzykuje Cartwright, odrzucając głowę do tyłu. Jego głos był chłopięcy i energiczny. "Chodźcie, musimy rzucić się do ucieczki." I szarpiąc latarnią, dosłownie przepędził nas przez plątaninę do klifu.
Tam znów rozpętała się nad nami wichura. Leżeliśmy płasko na twarzach, czepiając się kurczowo łodyg krzepkich, małych palm pandanowych.To było jak bestia, ten wiatr. Wysysał oddech z naszych ust, bił nas, krzyczał na nas i szydził z nas, aż byliśmy wpół martwi od czystej, okrutnej siły. Ledwo mogliśmy myśleć. Raz miałem wizję skulonych postaci na matach i zastanawiałem się, czy dom wciąż stoi, a raz pomyślałem o Molly i miałem nadzieję, że odmawia za mnie modlitwę. Potem wszelka myśl została zmieciona, gdy z drżeniem samego klifu fala wpadła do laguny, wyrzucając rozpryski na pięćdziesiąt stóp i mocząc nas tam, gdzie leżeliśmy.
"Fortepian!" – zawołał Cartwright, usiłując wstać. Simmons ściągnął go w dół, krzycząc do niego, że nie ma sensu myśleć o fortepianie. Cartwright pozostał spokojny przez chwilę, aż znów nastała jedna z tych niesamowitych ciszy.
"Teraz możemy zejść na dół" – powiedział Cartwright błagalnie. "Nie mogę znów stracić swojej szansy na szczęście. Fortepian—"
Słowa zamarły mu na ustach.

Przez grzmot fali przebił się pojedynczy, przeciągły dźwięk, czysty i nieziemsko słodki.
"B" – powiedziałem, ledwie wiedząc, że mówię. Cartwright roześmiał się dziko.
"Słyszysz? Głos z raf. Dlaczego Lulukuila nie odpowiada?"
Cóż, mogę wam tylko opowiedzieć, co wydarzyło się potem, a możecie wierzyć lub nie.
Z dołu dobiegł kolejny dźwięk, tworząc doskonałą oktawę. Nigdy przedtem ani potem nie słyszałem niczego tak wykwintnego ani tak okropnego. Potem nastąpił potworny dysonans – i cisza.
"Lulukuila!" – zawołał Cartwright. "Zabiera mi to – moją jedyną szansę na szczęście—"
I zanim mogliśmy go powstrzymać, zniknął.
Próbowaliśmy go dogonić, ale wiatr znów nas dopadł na skraju grzbietu. Byłbym się przewrócił i zginął, gdyby nie Simmons. Myślę, że musiałem zemdleć z szoku. Jest tam luka, chociaż reszta nocy wydawała się trwać wieki.
Wiatr ustał o wschodzie słońca, a my wróciliśmy do domu wzdłuż grzbietu, patrząc w dół na plażę oczyszczoną z wszelkich ludzkich śladów – pawilon, zagajnik, tubylcze chaty i wszystko. Dom wciąż stał, ale w ruinie powalonych gałęzi i rozdartych lian. Przestraszeni służący i blade kobiety i dzieci wyszli nam naprzeciw i zaczęli wypytywać o swego pana. Simmons, o twarzy jak granit jak zawsze, nie odpowiedział im, lecz ruszył dalej na plażę.
Cartwright wrócił do domu przed nami.
# book_id: global-gutenberg-translation-3adb2343ac764f4d9a5c296f1efe1e52
# book_title: Idealny interwał
# chapter_id: 1-idealny-interwa
# chapter_title: Idealny interwał
# book_page: 13 / 14
# chapter_page: 13
# language: pl
# content_format: markdown
# reading_structure: unknown
# render_mode: prose
To było jak bestia, ten wiatr. Wysysał oddech z naszych ust, bił nas, krzyczał na nas i szydził z nas, aż byliśmy wpół martwi od czystej, okrutnej siły. Ledwo mogliśmy myśleć. Raz miałem wizję skulonych postaci na matach i zastanawiałem się, czy dom wciąż stoi, a raz pomyślałem o Molly i miałem nadzieję, że odmawia za mnie modlitwę. Potem wszelka myśl została zmieciona, gdy z drżeniem samego klifu fala wpadła do laguny, wyrzucając rozpryski na pięćdziesiąt stóp i mocząc nas tam, gdzie leżeliśmy.
"Fortepian!" – zawołał Cartwright, usiłując wstać. Simmons ściągnął go w dół, krzycząc do niego, że nie ma sensu myśleć o fortepianie. Cartwright pozostał spokojny przez chwilę, aż znów nastała jedna z tych niesamowitych ciszy.
"Teraz możemy zejść na dół" – powiedział Cartwright błagalnie. "Nie mogę znów stracić swojej szansy na szczęście. Fortepian—"
Słowa zamarły mu na ustach.
Przez grzmot fali przebił się pojedynczy, przeciągły dźwięk, czysty i nieziemsko słodki.
"B" – powiedziałem, ledwie wiedząc, że mówię. Cartwright roześmiał się dziko.
"Słyszysz? Głos z raf. Dlaczego Lulukuila nie odpowiada?"
Cóż, mogę wam tylko opowiedzieć, co wydarzyło się potem, a możecie wierzyć lub nie.
Z dołu dobiegł kolejny dźwięk, tworząc doskonałą oktawę. Nigdy przedtem ani potem nie słyszałem niczego tak wykwintnego ani tak okropnego. Potem nastąpił potworny dysonans – i cisza.
"Lulukuila!" – zawołał Cartwright. "Zabiera mi to – moją jedyną szansę na szczęście—"
I zanim mogliśmy go powstrzymać, zniknął.
Próbowaliśmy go dogonić, ale wiatr znów nas dopadł na skraju grzbietu. Byłbym się przewrócił i zginął, gdyby nie Simmons. Myślę, że musiałem zemdleć z szoku. Jest tam luka, chociaż reszta nocy wydawała się trwać wieki.
Wiatr ustał o wschodzie słońca, a my wróciliśmy do domu wzdłuż grzbietu, patrząc w dół na plażę oczyszczoną z wszelkich ludzkich śladów – pawilon, zagajnik, tubylcze chaty i wszystko. Dom wciąż stał, ale w ruinie powalonych gałęzi i rozdartych lian. Przestraszeni służący i blade kobiety i dzieci wyszli nam naprzeciw i zaczęli wypytywać o swego pana. Simmons, o twarzy jak granit jak zawsze, nie odpowiedział im, lecz ruszył dalej na plażę.
Cartwright wrócił do domu przed nami.
Leżał na brzegu, bez blizn, z wyjątkiem bladego pasma błękitu na jednej skroni. Wyglądał pięknie jak jakieś śpiące stworzenie morza. Wrak fortepianu znajdował się tuż nad nim. Opanowanie Simmonsa załamało się, gdy to zobaczył.
"Złamałeś rzecz, którą kochał, i zabiłeś go także. Mam nadzieję, że w końcu jesteś zadowolony!" – warknął, potrząsając pięścią w stronę laguny. Zastanawiałem się, czy mówił do Lulukuili. To był przerażający wybuch – jak na człowieka takiego jak Simmons.
Następnego ranka przybyli z Taku, aby nas szukać. Morze uśmiechało się jak zawsze, a mała łódka tańczyła po różowej i ametystowej wodzie, jakby nigdy nie było burzy, która by ją zmąciła. Najpierw dostrzegłem Molly, potem zauważyłem inną kobietę, siedzącą między nią a Davidsonem. Gdy pochyliła się do przodu, aby przeszukać brzeg, uderzyło mnie podobieństwo jej twarzy do twarzy Cartwrighta. Jednak była różnica. Jej piękno było łaskawe i ludzkie, i – cóż, "pocieszające" to jedyne słowo, jakie przychodzi mi do głowy.
Gdy zbliżyli się do plaży, zobaczyła tylko Simmonsa i mnie oraz gapiących się tubylców. Wydała ostry okrzyk i zachwiała się lekko. Widziałem, jak Davidson wyciąga ramię, jakby chciał ją osłonić przed ciosem. Wierny człowiek, ten Davidson, i w końcu otrzymał swoją nagrodę.
To była Charlotte Cartwrighta, a Cartwrighta nie było tam, aby ją powitać. Lulukuila dopilnowała tego.
# book_id: global-gutenberg-translation-3adb2343ac764f4d9a5c296f1efe1e52
# book_title: Idealny interwał
# chapter_id: 1-idealny-interwa
# chapter_title: Idealny interwał
# book_page: 14 / 14
# chapter_page: 14
# language: pl
# content_format: markdown
# reading_structure: unknown
# render_mode: prose
Leżał na brzegu, bez blizn, z wyjątkiem bladego pasma błękitu na jednej skroni. Wyglądał pięknie jak jakieś śpiące stworzenie morza. Wrak fortepianu znajdował się tuż nad nim. Opanowanie Simmonsa załamało się, gdy to zobaczył.
"Złamałeś rzecz, którą kochał, i zabiłeś go także. Mam nadzieję, że w końcu jesteś zadowolony!" – warknął, potrząsając pięścią w stronę laguny. Zastanawiałem się, czy mówił do Lulukuili. To był przerażający wybuch – jak na człowieka takiego jak Simmons.
Następnego ranka przybyli z Taku, aby nas szukać. Morze uśmiechało się jak zawsze, a mała łódka tańczyła po różowej i ametystowej wodzie, jakby nigdy nie było burzy, która by ją zmąciła. Najpierw dostrzegłem Molly, potem zauważyłem inną kobietę, siedzącą między nią a Davidsonem. Gdy pochyliła się do przodu, aby przeszukać brzeg, uderzyło mnie podobieństwo jej twarzy do twarzy Cartwrighta. Jednak była różnica. Jej piękno było łaskawe i ludzkie, i – cóż, "pocieszające" to jedyne słowo, jakie przychodzi mi do głowy.
Gdy zbliżyli się do plaży, zobaczyła tylko Simmonsa i mnie oraz gapiących się tubylców. Wydała ostry okrzyk i zachwiała się lekko. Widziałem, jak Davidson wyciąga ramię, jakby chciał ją osłonić przed ciosem. Wierny człowiek, ten Davidson, i w końcu otrzymał swoją nagrodę.
To była Charlotte Cartwrighta, a Cartwrighta nie było tam, aby ją powitać. Lulukuila dopilnowała tego.
BokRobot
BokRobot brings together books and fairy tales to read and explore. Discover a growing collection, or create books and fairy tales of your own.