Long

Wydanie do czytania BokRobot

Książki

Za darmo

Long

1 rozdziały · 2532 słów
Uruchomiono: 2026-09-08 01:15BokRobot · Strona 1 / 9
Ilustracja do Long

Gdy hamulcowy odsunął drzwi i z rezonującą obojętnością krzyknął po esperanto: „Granderantal stashun”, Galbraithe poczuł ochotę, by zerwać się na równe nogi i chwycić tego człowieka za rękę. Minęło pięć lat, odkąd słyszał to imię wymawiane tak, jak powinno się je wymawiać, ponieważ właśnie pięć lat temu zrezygnował z pracy w redakcji nowojorskiego dziennika, by objąć posadę redaktora naczelnego małego tygodnika z Kansas. Te ostatnie lata były wielkimi latami, pełnymi radości z ciężkiej pracy, i choć sprawiły, że czuł się młodszy niż wtedy, gdy wyjeżdżał, to jednak minęło pięć lat z dala od Nowego Jorku. Teraz wrócił na krótki urlop, spragniony spotkania ze starą ekipą.

Kiedy wysiadł z wagonu, przez chwilę czuł się dezorientowany. W obozie górniczym, który służył teraz za dawną stację końcową, czuł się zielony jak żółtób. Zajęło mu sekundę odnalezienie się w sytuacji, ale gdy tylko zaczął walczyć o swoje miejsce w tym drogim, starym strumieniu dojeżdżających do pracy ludzi, wiedział, że znów jest w domu. Ten upajający ścisk wśród znajomych typów sprawiał, że czuł, jakby nie było go zaledwie pięć dni, uświadamiając mu jednakże swoim pędem, że zatracił nieco ze swojej dawnej wprawy i sprawności w tłumie.

Ale wcale mu to nie przeszkadzało; był tu na urlopie, a oni byli tu w interesach i mieli do tego prawo. Rozpoznawał każdego z nich jak matka syna. Ani młodsi, ani starsi nie zestarzeli się ani o dzień.

Mieli na sobie te same ubrania, nosili te same paczki i powtarzali te same uwagi. Pojawił się tam stateczny biznesmen przytłoczony ciężarem posiadłości na Long Island; pojawił się młody człowiek z biura maklerskiego, który sam pchał swoją kosiarkę do trawy w New Rochelle; pojawił się człowiek, który wsiadał na Sto Dwudziestej Ósmej Ulicy. Był tam człowiek z brodą typu Van Dyke, człowiek z wąsami, otyły, gładko wygolony mężczyzna, a także żony, siostry i stenotypistki ich wszystkich. Byli dokładnie tacy, jakich Galbraithe ich zostawił – niech ich Bóg błogosławi.

BokRobot · Strona 2 / 9

Wyrzucony na Czterdziestą Drugą Ulicę, wziął głęboki, pełny oddech. Nad nim unosiło się to samo wspaniałe nowojorskie niebo (to samo, które zadaszało Kansas) i to samo nowojorskie słońce świeciło na niego (dokładnie tak, jak w swojej łaskawej hojności świeciło nad Kansas). Dreszcz emocji sprawił, że bardziej niż kiedykolwiek zdał sobie sprawę z tego, iż choć mijające lata były dla niego łaskawe, Nowojorczyk płynął w jego krwi. Jego oczy chwyciły surowe, kanciaste budynki tak łapczywie, jak wygnany góral wita przyjazne szczyty górskie. Nie ma na świecie budynków, które wyglądałyby tak przyjaźnie, gdy człowiek już je pozna, jak te wokół Grand Central. Galbraithe zauważył kilka nowych konstrukcji, ale nawet one wyglądały na stare. Całościowy efekt był dokładnie taki, jaki zostawił. To właśnie docenił po swoim pobycie wśród młodszych miast Zachodu. Nowy Jork był trwały – tak niezmienny jak Gwiazda Polarna. Był nienaruszony.

Galbraithe gardził braniem taksówki, tramwaju czy autobusu tego ranka. Chciał przejść się piechotą – poczuć pod stopami ten drogi, stary, wyboisty chodnik. Dobrze robiło to jego duszy, gdy znajdował ludzi naprawiających ulice w tych samych starych miejscach – gdy znajdował, jak zawsze, nowe budynki w budowie i stare budynki w rozbiórce oraz chodniki zablokowane w ten sam stary sposób. Niezdarnie radził sobie z przeszkodami, ale delektował się tym wysiłkiem.

BokRobot · Strona 3 / 9

Okiem początkującego reportera ujrzał znów każdą pulsującą cechę tej poruszającej się ulicznej panouramy, od rynsztoka po dach, i zadrżał od magii oraz tętniącej życiem wielkości tego wszystkiego. Ludzie mrowili się wszędzie niczym mrówki, skorzi do zmian, a jednak niczego nie zmieniali. To właśnie zadziwiało go i pocieszało. Wiedział, że gdyby pozwolił upłynąć pięciu latom przed powrotem do swego rodzimego miasta w Kansas, nie rozpoznałby tego miejsca, ale tutaj wszystko było takie, jakim je zostawił – aż po ludzi na rogach, przechodniów, po artykuły na wystawach sklepowych. Kwiaty u kwiaciarza, ubrania w sklepie z męską odzieżą, klejnoty u jubilera znajdowały się na swoich właściwych miejscach, tak jakby w międzyczasie nic nie zostało sprzedane. Czuł się przez to wieczny jak Żyd Tułacz. Widok ukochanej biblioteki publicznej na chwilę przywrócił go do normy, ale budynek ten i tak wyglądał, jakby od dawna był skończony.

Biblioteka publiczna zawsze tak wygląda. Rodzi się jako stuletnia.

Stary hotel Fifth Avenue zniknął, ale zastanawiał się, czy w ogóle kiedykolwiek istniał. Nie tęsknił za nim – ledwo zauważył jakąkolwiek zmianę. Nowy budynek wpasował się w swoją niszę tak idealnie, jakby od samego początku był przeznaczony na to konkretne miejsce. Wcale nie wyglądał na dorobkiewicza, czym trącił każdy nowy budynek w Kansas.

Pospieszył w stronę Park Row i zauważył, że otaczają go dokładnie ci sami gazeciarze, których zostawił. Żaden z nich nie zestarzał się ani o dzień. Ten tyczkowaty, ten kulejący i ten mały byli tam obecni. Być może dlatego, że od zawsze byli tak starzy, jak tylko chłopiec może być stary, teraz wcale nie wydawali się starsi. Wykrzykiwali te same wiadomości w stronę tego samego obojętnego tłumu przemykającego obok nich. Ich hałaśliwe wrzaski sprawiały, że Galbraithe czuł się bardziej niż kiedykolwiek jak początkujący reporter. Dopiero co wczoraj w głowie szumiało mu pierwsze, szaleńcze podekscytowanie tym wszystkim. Po drugiej stronie ulicy otwarte stały drzwi, przez które przechodził tyle razy. Nad nimi ujrzał wyblakły od wiatru i deszczu szyld, który zawsze był wyblakły. Mały ceglany budynek przywitał go tak gościnnie jak rozpalony domowy ogień.

BokRobot · Strona 4 / 9

Znał każdy jego cal, od zewnętrznego progu po pokój redakcyjny, i każdy cal kojarzył mu się w pamięci z jakimś wielkim sukcesem lub porażką. Gdyby wrócił tu jako błąkający się duch za tysiąc lat, spodziewałby się, że zastrzeże go dokładnie w takim stanie, w jakim był. Tysiąc lat temu to miejsce zostało dla niego przeznaczone z góry. Boże, ta zakorzeniona stabilność tego starego miasta! Zapomniał, że nie ma już mieszkania w mieście i musi załatwić sobie pokój. Wciąż niósł swoją walizkę podróżną, ale nie mógł oprzeć się pokusie, by najpierw zajrzeć do starej ekipy i uścisnąć im dłonie. Nie utrzymywał z nimi kontaktu, jeśli nie liczyć tego, że wciąż religijnie czytał każdą linijkę starej gazety, ale rozpoznawał pracę tego i owego oraz wiedział z tego, co już zdążył zobaczyć, że w środku, tak samo jak na zewnątrz, nic nie mogło ulec zmianie.

Była około dziewiątej rano, więc zastanie Hartsona, redaktora miejskiego, przeglądającego poranne gazety, z jego bystrymi oczami wyczulonymi na odkrycie tego, co przegapiono w ciągu nocy. Kiedy pospiesznie wspinał się po wąskich schodach, serce podchodziło mu do gardła w takim samym stopniu jak pierwszego dnia, kiedy przyjęto go do zespołu. Kilku nowych gońców biurowych przyjrzało mu się podejrzliwie, ale szedł z tak wielką pewnością siebie, że pozwolili mu przejść bez pytań. Przy wejściu do świętego przybytku pokoju redaktora miejskiego zatrzymał się ze swoim dawnym wahaniem. Po przepracowaniu pięciu lat pod okiem Hartsona, a potem kolejnych pięciu lat na własny rachunek jako redaktor naczelny, odkrył, że nie stracił nic ze swojego zdrowego szacunku do tego człowieka. Plecy Hartsona były zwrócone, gdy Galbraithe wchodził, i poczekał przy barierce, aż tamten podniesie wzrok.

Ilustracja do Long

Wtedy, z nagłym szarpnięciem, Galbraithe ujrzał, że to wcale nie jest Hartson.

– Ja... przepraszam – wykrztusił.

– Słucham? – żądał odpowiedzi nieznajomy.

– Spodziewałem się zastać pana Hartsona – wyjaśnił Galbraithe.

– Hartsona?

– Kiedyś pracowałem w tym zespole i...

– Chyba pomyliłeś biura – nieznajomy urwał mu szorstko.

BokRobot · Strona 5 / 9

Przez chwilę Galbraithe wierzył, że to możliwe, ale każdy poszarpany kawałek mebli stał na swoim miejscu, a zakurzony bałagan z papierów w kącie nie został naruszony. Nowy redaktor miejski spojrzał podejrzliwie w stronę walizki Galbraithe'a i wyciągnął rękę, jakby chciał nacisnąć przycisk. Z zapieczonymi policzkami Galbraithe wycofał się i pospieszył korytarzem w stronę pokoi reporterów. Musiał znaleźć Billy'ego Bertrama i sprawić, by ten wybielił go przed nowym redaktorem miejskim. Skierował się od razu do biurka Billy'ego Bertrama z wyciągniętą ręką.

Tuż obok znajdowało się biurko, które on sam zajmował przez pięć lat.

Bertram podniósł wzrok – i wtedy Galbraithe zobaczył, że to wcale nie jest Bertram.

– W czym mogę pomóc, stary? – zapytał nieznajomy. Był mężczyzną w wieku Bertrama i w dużym stopniu w jego stylu.

– Szukałem Billy'ego Bertrama – wykrztusił Galbraithe. – Chyba musiał zmienić biurko.

Spojrzał z nadzieją na inne biurka w pokoju, ale nie rozpoznał żadnej twarzy.

– Bertrama? – zapytał mężczyzna, który zajmował biurko Bertrama. Odwrócił się do siedzącego obok faceta. – Słuchaj, Green, jest tu ktoś o nazwisku Bertram?

Green zapalił nowego papierosa i pokręcił głową. – Nigdy o takim nie słyszałem – odparł obojętnie.

– On siedział tutaj – wyjaśnił Galbraithe.

– Zajmuję to krzesło od piętnastiu miesięcy, a przede mną ten zaszczyt miał taki jeden przygłup o nazwisku Watson. Dalej się nie sięga.

Galbraithe odłożył walizkę i oterł czoło. Wszyscy w pokoju rzucili podejrzliwe spojrzenia na torbę.

– Słyszeliście kiedyś o Sandersonie? – zapytał Green'a Galbraithe.

– Nie.

– Słyszeliście o Wadlinie, Jerrym Donahue albo Cartwrightcie?

Green kopnął w jego stronę krzesło. – Usiądź, stary – zaproponował. – Za minutę poczujesz się lepiej.

– Słyszeliście o Hartsonie? Słyszeliście kiedyś o starym Jimie Hartsonie?

– Jasne, jasne – Green zachęcił go. – Jeśli masz w tej torbie tekst, który według ciebie nas zaciekawi, wyciągnij go. To wbrew regulaminowi biura, ale...

BokRobot · Strona 6 / 9

Galbraithe spróbował przypomnieć sobie, czy w drodze do centrum nie zatrzymał się przypadkowo gdzieś na drinka. Nie pamiętał niczego takiego. Być może był ofiarą zaćmienia umysłu – jednej z tych dziwacznych czarnych dziur, o których psychiatrów tak głośno ostatnio mówili. Podjął jeszcze jedną próbę zlokalizowania samego siebie. Za swoich czasów był jednym z gwiazdorskich reporterów tego zespołu.

– Słyszeliście kiedyś o... o Galbraithe'zie? – zapytał z niepokojem.

W tym czasie kilku mężczyzn zgromadziło się wokół obu biurek jako zainteresowani widzowie. Galbraithe przyjrzał się ich twarzom, ale nie rozpoznał żadnej z nich.

– Nie masz przy sobie jakiejś wizytówki? – zapytał Green.

– No tak – odparł Galbraithe, szukając w kieszeniach. Grupa przyglądała mu się z pewną ciekawością, a Harding, najmłodszy z nich, wietrząc temat na artykuł, przecisnął się do przodu. Przy tak wielu skierowanych na niego oczach Galbraithe stał się tak zagubiony, że nie mógł odnaleźć swojego etui na wizytówki.

– Jestem pewien, że miałem ją ze sobą – przeprosił.

– Pamiętasz, gdzie byłeś zeszłej nocy? – zapytał Green.

– Dopiero co przyjechałem dziś rano – odparł Galbraithe. – Ja... oto ona.

Wyciągnął wizytówkę i podał ją Greenowi. Grupa zebrała się bliżej i przeczytała ją.

– Harvey L. Galbraithe, Moran County Courier.

Green uroczyście wyciągnął rękę. – Miło mi poznać, panie Galbraithe. Przybywasz tu w interesach czy dla przyjemności?

– Kiedyś tu pracowałem – wyjaśnił Galbraithe. – Przyjechałem na urlop, żeby zobaczyć się z chłopakami.

– Kiedyś pracowałeś w tej gazecie? – wykrzyknął Green, jakby w to wątpiąc.

– Odszedłem w tysiąc dziewięć siedemset... to znaczy w tysiąc dziewięćset siódmym – odparł Galbraithe.

– Tysiąc dziewięćset siódmym – wykrzyknął Green, cicho gwizdnęć. – Jesteś niezłym weteranem. Niech no pomyślę – to ponad piętnaścieset dni temu. Kiedy przyszedłeś do pracy?

– Tuż przed wojną hiszpańską – odparł żarliwie Galbraithe. – Hartson wysłał mnie na Kubę.

BokRobot · Strona 7 / 9

Harding podsunął się bliżej, a w jego oczach płonął nowy blaszany żar. „Cholera” – wykrzyknął – „to musieli być wspaniałe czasy. Dlaczego do cholery Taft nie potrafi wzniecić jakiejś takiej małej awantury? Wpadłem kiedyś w Klubie Prasy na starego zgreda, który był z Deweyem w Manili”.

Mówił tak, jakby Galbraithe mógł mówić o wojnie krymskiej. Dopytywał Galbraithe'a o szczegóły, a Galbraithe, słuchając brzmienia własnego głosu, pozwolił się unieść. Kiedy skończył, czuł się bez zębów i tak, jakby jego włosy poczerwieniały – nie, jakby zsiwiały.

„To były szczęśliwe czasy” – zawołał Harding. „Wtedy gra była warta świeczki – co, stary druhu?”

„Tak” – wymamrotał Galbraithe. „Ale czy ktoś z was wie, co się stało z Hartsonem?”

„Haydon pewnie by go pamiętał –”

„Haydon?” – urwał Galbraithe. „Czy on tu jest?” Spojrzał tęsknie po pokoju w stronę kąta, w którym zazwyczaj siedział redaktor działu wymiany informacji.

„Zmarł zeszłej wiosny” – powiedział Green. „Chyba był ostatnim liściem na drzewie”.

„Przyszedł pięć lat przede mną” – powiedział Galbraithe. „On i ja robiliśmy razem morderstwa w beczkach”.

„Co to była za historia?” – zapytał Harding.

Galbraithe spojrzał na Hardinga, żeby się upewnić, że to nie jakiś głupi żart. W tamtym czasie w Nowym Jorku nie mówiono przez miesiąc o niczym innym, a on i Haydon zdobyli pewną markę dzięki pracy, jaką w to włożyli. Harding mówił poważnie i był zainteresowany – co do tego nie mogło być żadnych wątpliwości. To było osiem lat temu, a w pamięci Galbraithe'a sterczało to tak świeżo, jakby było wczoraj. Ale to, co właśnie zaczynał dostrzegać, to fakt, że działo się tak dlatego, iż z dala przebywał od Nowym Jorku – że działo się tak dlatego, iż opuścił Nowy Jork. Dla tych, którzy tu żyli i nadal toczyli dawną grę, zepchnięte to zostało w niepamięć, nawet jako tradycja, w natłoku późniejszych historii. Ci młodsi ludzie, którzy wyparli jego i jego kolegów, mieli już własne wielkie opowieści. Przychodziły one codziennie między świtem a zmierzchem, a potem znów między zmierzchem a świtem.

BokRobot · Strona 8 / 9

Dzień po dniu nadchodziły nieprzerwanie – pod koniec tygodnia dziesiątki, pod koniec miesiąca setki, pod koniec roku tysiące. Minęło półtora tysiąca dni, odkąd obserwował wielorakie komplikacje tych miliona ludzi, a od tamtego czasu napisano tysiąc tomów o tyluż samych tragediach odegrałych w tej samej starej scenografii. Czas mierzono tu w godzinach, nie w latach. Niezmieniona pozostawała tylko scena.

Galbraithe wstał, tak oszołomiony, że zatoczył się, jakby porażony paraliżem. Harding chwycił go za ramię. „Trzymaj się, stary” – ostrzegł. „Lepiej chodź na jednego drinka”.

Galbraithe pokręcił głową. Poczuł nagłą niechęć do roli, jaką chcieli mu narzucić. „Wracam do domu” – oświadczył.

„Daj spokój” – zachęcał go Harding. „Wypijemy za dawne czasy, co?” „Pewnie” – wtrącił Green. Inni również wstaли i sięgnęli po kapelusze.

„Nie chcę” – odparł uparcie Galbraithe. „Wracam do domu, mówię wam. A za dziesięć lat będę o dwadzieścia pięć lat młodszy od każdego z was”.

Mówił z pewnym zapałem. Harding zaśmiał się, ale Green posmutniał. Położył dłoń na ramieniu Galbraithe'a. „Słusznie” – powiedział. „Wynoś się i niech cię Bóg błogosławi, stary”.

„Gdyby tylko Haydon tu był –” – wykrztusił Galbraithe.

„Pewnie jest młodszy od każdego z nas” – odparł trzeźwo Green. „On mierzy czas wiecznością”.

Galbraithe podniósł torbę. „Trzymaj się” – powiedział.

Ilustracja do Long

Ruszył w stronę drzwi, a cała grupa stała bez ruchu i bez słowa patrzyła, jak wychodzi. Pędził wąskim korytarzem i mijał pokój sekretarza redakcji. Schodził starymi schodami, z przygarbionymi ramionami i słabymi nogami. Półtora tysiąca dni spoczywało na jego barkach.

BokRobot · Strona 9 / 9

Wyszedł na ulicę i przez chwilę stał tam z dzwonieniem w uszach. Wokół niego roiło się od tych samych gazeciarzy, których zostawił pięć lat temu, nie wyglądających ani na jeden dzień starzej. Mrużąc oczy, przyjrzał się im uważnie. Tam był Rudy Mick, ale gdy przyjrzał się uważniej, zobaczył, że to wcale nie jest Rudy Mick. To był prawdopodobnie młodszy brat Rudego Micka. Ten wysoki, ten tyczkowaty i ten mały kulejący byli tam, ale ich imiona były inne. Dramat był ten sam, sceneria ta sama, ale półtora tysiąca dni sprowadziło nowy zestaw aktorów do tych samych starych ról. To było jak oglądanie Szekspira z nową obsadą, ale sztuka była o wieki starsza od którejkolwiek ze sztuk Szekspira.

Galbraithe złapał taksówkę. „Dworzec w Grand Central” – rozkazał.

Wyglądając przez okno, obserwował niekończącą się procesję na ulicy i chodnikach. Wpatrywał się w surowe, kanciaste budynki – trwałe i niezmienne. Nad głową świeciło mu słońce z Kansas – to samo, które w swojej łaskawej hojności świeciło nad Nowym Jorkiem.

BokRobot

BokRobot

BokRobot brings together books and fairy tales to read and explore. Discover a growing collection, or create books and fairy tales of your own.

More books you might like