Wydanie do czytania BokRobot
Książki
Za darmoMarya Morevna
Jeremiah Curtin
Dostosuj
W pewnym królestwie, w pewnej krainie, żył Iwan Carewicz. Miał trzy siostry: najstarszą Marię Carewnę, drugą Olgę Carewnę, a najmłodszą Annę Carewnę. Ojciec i matka umarli, a gdy leżeli na łożu śmierci, rzekli do syna: "Kto pierwszy przyjdzie starać się o którąś z twoich sióstr, temu ją daj za mąż. Nie trzymaj sióstr przy sobie długo."
Gdy Carewicz pochował rodziców, poszedł z siostrami do zielonego ogrodu na przechadzkę, smutny i pełen żalu. Nagle na niebie podniosła się czarna chmura i zbierała się straszna burza. "Chodźmy do domu, siostry" — rzekł Iwan Carewicz. Ledwie weszli do zamku, gdy zagrzmiało, sufit się rozstąpił i do komnaty wleciał jasny sokół. Sokół uderzył o podłogę, przemienił się w przystojnego młodzieńca i rzekł: "Witaj, Iwanie Carewiczu! Wcześniej przychodziłem jako gość, a teraz jestem zalotnikiem. Chcę pojąć za żonę twoją siostrę, Marię Carewnę."
"Jeśli jesteś miły mojej siostrze, nie będę jej bronić. Niech idzie z Bogiem." Maria Carewna zgodziła się, Sokół się z nią ożenił i zabrał ją do swego królestwa.
Dni następowały po dniach, godziny goniły godziny, a cały rok minął jakby nic. Iwan Carewicz poszedł z dwiema siostrami do zielonego ogrodu na przechadzkę. Znowu podniosła się chmura z wichrem i błyskawicami. "Chodźmy do domu, moje siostry" — rzekł Carewicz. Ledwie weszli do zamku, gdy rozległ się grzmot, dach się rozpadł, sufit się otworzył i wleciał orzeł. Orzeł uderzył o podłogę i stał się dzielnym młodzieńcem. "Witaj, Iwanie Carewiczu! Wcześniej przychodziłem jako gość, a teraz jestem zalotnikiem." I prosił o rękę Olgi Carewny.

Iwan Carewicz odpowiedział: "Jeśli jesteś miły Oldze Carewnie, to niech wyjdzie za ciebie; nie odbieram jej jej woli." Olga Carewna wyraziła zgodę i przyjęła Orła za męża. Orzeł porwał ją i uniósł do swego królestwa.
Minął kolejny rok. Iwan Carewicz rzekł do najmłodszej siostry: "Chodźmy na przechadzkę do zielonego ogrodu." Przeszli się trochę i znowu podniosła się chmura z wichrem i błyskawicami. "Wracaj do domu, siostro, wracaj!" Wrócili do zamku, ale nie zdążyli usiąść, gdy rozległ się grzmot, sufit się otworzył i wleciał kruk. Kruk uderzył o podłogę i stał się dzielnym młodzieńcem. Tamci byli przystojni, ale on był jeszcze piękniejszy. "Cóż, Iwanie Carewiczu! Wcześniej przychodziłem jako gość, a teraz jestem zalotnikiem. Daj mi Annę Carewnę."
"Nie odbieram mojej siostrze jej woli. Jeśli ją sobie zjednałeś, weź ją za żonę." Anna Carewna wyszła za Kruka, a on zabrał ją do swego królestwa.
Iwan Carewicz pozostał sam. Żył cały rok bez sióstr i znudziło mu się. "Pójdę" — rzekł — "poszukać moich sióstr."
Przygotował się do drogi, jechał i jechał, i ujrzał wojsko, wielką armię leżącą pobitą na polu. Rzekł Iwan Carewicz: "Jeśli jest tu żywy człowiek, niech przemówi. Kto zabił tę wielką armię?" Odpowiedział żywy człowiek: "Maria Morewna, piękna Królewna, zabiła całą tę wielką armię."
Iwan Carewicz pojechał dalej i dotarł do białych namiotów. Maria Morewna, piękna Królewna, wyszła mu naprzeciw. "Witaj, Carewiczu! Dokąd cię Bóg niesie? Z własnej woli czy wbrew woli?"
Iwan Carewicz odpowiedział: "Dobrzy bohaterowie nie podróżują wbrew woli."
"Cóż, jeśli ci się nie spieszy, bądź gościem w moich namiotach." Iwan Carewicz uradował się; spędził dwie noce w namiotach, spodobał się Marii Morewnie i ożenił się z nią. Maria Morewna, piękna Królewna, zabrała go ze sobą do swego królestwa. Żyli razem przez jakiś czas, a potem Królewna postanowiła wyprawić wojnę; zostawiła męża pod opieką domostwa i rzekła: "Chodź wszędzie, doglądaj wszystkich rzeczy, ale nie zaglądaj do tej komórki."
Iwan Carewicz nie mógł się powstrzymać, ale gdy Maria Morewna odjechała, pobiegł do komórki, otworzył drzwi i zajrzał. Tam wisiał Kościej Nieśmiertelny, przykuty dwunastoma łańcuchami. Kościej błagał Carewicza: "Zmiłuj się nade mną, daj mi wody do picia. Dwanaście lat siedzę tu w mękach; nie jadłem ani nie piłem; gardło mi wyschło."
Carewicz dał mu całe trzynasto-garncowe wiadro wody. Wypił je i błagał: "Jednym wiadrem nie ugaszę pragnienia." Carewicz dał mu drugie wiadro. Kościej wypił i prosił o trzecie; a gdy wypił trzecie wiadro, odzyskał dawną siłę, wstrząsnął łańcuchami i w jednej chwili zerwał wszystkie dwanaście.

"Niech cię Bóg błogosławi, Iwanie Carewiczu!" — rzekł Kościej Nieśmiertelny. "Teraz już nigdy nie zobaczysz Marii Morewny, tak jak nie zobaczysz własnych uszu." I wyszedł jako przerażający wicher, wyleciał przez okno, dogonił Marię Morewnę na drodze, porwał ją i uniósł.
A Iwan Carewicz płakał gorzko, gorzko, przygotował się i ruszył w swoją drogę, w swoją podróż. "Cokolwiek się stanie, znajdę Marię Morewnę." Podróżował dzień, podróżował drugi; o świcie trzeciego dnia ujrzał cudowny pałac. Obok pałacu stał dąb, a na dębie siedział jasny sokół. Sokół sfrunął z drzewa, uderzył o ziemię, przemienił się w dzielnego młodzieńca i zawołał: "Ach! Mój drogi szwagrze, jak cię Bóg darzy?"
Maria Carewna wybiegła, przywitała Iwana Carewicza radośnie, pytała o zdrowie i życie, i opowiadała o swoim życiu i gospodarstwie.
Carewicz został u nich trzy dni i rzekł: "Nie mogę dłużej zostać; szukam mojej żony, Marii Morewny, pięknej Królewny."
"Trudno ją znaleźć" — rzekł Sokół. "W każdym razie zostaw tu swoją srebrną łyżeczkę; będziemy na nią patrzeć i myśleć o tobie." Iwan Carewicz zostawił srebrną łyżeczkę i poszedł w swoją drogę.
Podróżował dzień, podróżował drugi; o świcie trzeciego dnia ujrzał zamek piękniejszy niż pierwszy, a obok zamku stał dąb, a na dębie siedział orzeł. Orzeł sfrunął z drzewa, uderzył o ziemię, przemienił się w dzielnego młodzieńca i zawołał: "Wstań, Olgo Carewno; nasz drogi brat przybywa." Olga Carewna wybiegła w tej chwili mu naprzeciw; zaczęła całować i obejmować brata, pytać o zdrowie i opowiadać o swoim życiu i gospodarstwie.
Iwan Carewicz został u nich trzy dni, a potem rzekł: "Nie mam czasu na dłuższe wizyty; wyruszam szukać mojej żony, Marii Morewny, pięknej Królewny." Rzekł Orzeł: "Trudno ci ją znaleźć. Zostaw nam swój srebrny widelec; będziemy na niego patrzeć i pamiętać o tobie." Zostawił widelec i poszedł w swoją drogę.
Podróżował dzień, podróżował drugi; a o świcie trzego dnia ujrzał zamek piękniejszy niż tamte dwa. Obok zamku stał dąb, a na dębie siedział kruk. Kruk sfrunął, uderzył o ziemię, przemienił się w dzielnego młodzieńca i zawołał: "Anno Carewno, pospiesz się; nasz brat przybywa." Anna Carewna wybiegła, przywitała go radośnie, zaczęła całować i obejmować brata, pytać o zdrowie i opowiadać o swoim życiu i gospodarstwie.
Iwan Carewicz został u nich trzy krótkie dni i rzekł: "Żegnajcie, wyruszam szukać mojej żony, Marii Morewny, pięknej Królewny." Rzekł Kruk: "Trudno ci ją znaleźć; ale zostaw u nas swój złoty pierścień, będziemy na niego patrzeć i pamiętać o tobie. Jeśli pierścień będzie jasny, znaczy, że żyjesz i masz się dobrze; jeśli przyćmiony, to będziemy wiedzieć, że spadło na ciebie nieszczęście."
Iwan Carewicz zostawił złoty pierścień i poszedł w swoją drogę. Podróżował dzień, podróżował drugi; a trzeciego dnia dotarł do Marii Morewny. Ona ujrzała swego drogiego, rzuciła mu się na szyję, zalała się łzami i rzekła: "Iwanie Carewiczu, dlaczego mnie nie posłuchałeś? Dlaczego zajrzałeś do komórki i wypuściłeś Kościeja Nieśmiertelnego?"
"Wybacz mi, Mario Morewno; nie pamiętaj o przeszłości. Lepiej chodź ze mną, póki Kościeja nie ma; może nas nie dogoni." Przygotowali się i poszli. Kościej był na polowaniu; pod wieczór wracał do domu i pod nim potknął się jego dobry koń. "Czemu się potykasz, głodny padliny, czy czujesz jakieś nieszczęście?" Koń odpowiedział: "Iwan Carewicz przybył i zabrał Marię Morewnę." "Czy możemy ich dogonić?" "Można by zasiać pszenicę, poczekać aż dojrzeje, zżąć ją, wymłócić, zmielić na mąkę, wypiec pięć pieców chleba, zjeść ten chleb, puścić się w pogoń i ich dogonić."

Kościej pogalopował, dogonił Iwana Carewicza. "Cóż" — rzekł — "wybaczam ci pierwszym razem za twoją dobroć, bo podałeś mi wody do picia; a drugim razem też ci wybaczę: ale za trzecim uważaj; posiekam cię na kawałki." Zabrał Marię Morewnę i odprowadził ją.
Iwan Carewicz usiadł na kamieniu i zapłakał; płakał i płakał, potem wrócił po Marię Morewnę. Kościeja Nieśmiertelnego nie było w domu. "Chodźmy, Mario Morewno." "Ach, Iwanie Carewiczu, on nas dogoni!" "Niech dogoni; tak czy owak, spędzimy razem parę godzin." Przygotowali się i wyruszyli. Kościej Nieśmiertelny wracał do domu; pod nim potknął się jego dobry koń. "Czemu się potykasz, głodny padliny, czy czujesz zło?" "Iwan Carewicz przybył i zabrał Marię Morewnę." "Czy można ich dogonić?" "Można by posiać jęczmień, poczekać aż dojrzeje, zebrać, wymłócić i uwarzyć z niego piwo; wypić to piwo, przespać się po piciu, potem gonić i ich złapać." Kościej pogalopował, podjechał i dogonił Iwana Carewicza. "Ależ mówiłem ci, że nie możesz zobaczyć Marii Morewny, tak jak nie możesz zobaczyć własnych uszu." Zabrał ją i odprowadził do domu.
Iwan Carewicz został sam; płakał i płakał, i wrócił po Marię Morewnę. Tym razem Kościeja nie było w domu. "Chodźmy, Mario Morewno." "Ach! Iwanie Carewiczu, on nas dopadnie i posieka cię na kawałki." "Niech posieka; nie mogę żyć bez ciebie." Przygotowali się i wyruszyli. Kościej Nieśmiertelny wracał do domu; pod nim potknął się jego dobry koń. "Czemu się potykasz, głodny padliny, czy czujesz zło?" "Iwan Carewicz przybył i zabrał Marię Morewnę." Kościej pogalopował, dogonił Iwana Carewicza, posiekał go na drobne kawałki, włożył do smołowanej beczki, wzmocnił ją żelaznymi obręczami i wrzucił do błękitnego morza. Marię Morewnę zabrał do domu.
Tymczasem srebro poczerniało w domach szwagrów Iwana Carewicza. "Oj" — rzekli — "to jasne, że stało się jakieś nieszczęście!" Orzeł popędził nad błękitne morze, złapał beczkę i wyciągnął ją na brzeg; Sokół poleciał po żywą wodę, a Kruk po martwą wodę. Wszyscy zlecieli się w to samo miejsce, rozbili beczkę, wyjęli kawałki Iwana Carewicza, obmyli je i złożyli we właściwym porządku. Kruk pokropił je martwą wodą, ciało zrosło się i zjednoczyło; Sokół pokropił ciało żywą wodą. Iwan Carewicz zadrżał, wstał i rzekł: "Och, jak długo spałem!" "Spałbyś jeszcze dłużej bez nas" — odpowiedzieli szwagrowie. "Chodź teraz do naszych domów." "Nie, bracia, pójdę szukać Marii Morewny." Przyszedł do niej i rzekł: "Dowiedz się od Kościeja Nieśmiertelnego, skąd wziął takiego konia."

Oto Maria Morewna wykorzystała sprzyjający moment i zapytała Kościeja. Kościej rzekł: "Za dziewiątą krainą, w trzydziestym królestwie, za ognistą rzeką, mieszka Baba-Jaga; ma ona klacz, na której każdego dnia oblatuje świat; ma wiele innych wspaniałych klaczy. Byłem u niej trzy dni pasterzem. Nie pozwoliłem żadnej klaczy zbłądzić, a za tę służbę Baba-Jaga dała mi źrebaka." "A jak przeprawiłeś się przez ognistą rzekę?" "Mam taką chustę, że gdy machnę nią w prawo trzy razy, powstaje most, wysoki i wyniosły; ogień go nie dosięgnie." Maria Morewna wysłuchała, opowiedziała wszystko Iwanowi Carewiczowi, zabrała chustę i dała mu ją.
Iwan Carewicz przeprawił się przez ognistą rzekę i poszedł do Baby-Jagi. Długo szedł bez jedzenia i picia; ptak zza morza z małymi pisklętami trafił mu się po drodze. "Zjem jednego pisklątka" — rzekł Iwan Carewicz. "Nie jedz go, Iwanie Carewiczu" — prosił ptak zza morza; "w odpowiednim czasie ci się przydam." Poszedł dalej i zobaczył w lesie rój pszczół. "Wezmę trochę miodu" — rzekł. Królowa pszczół zawołała: "Nie dotykaj mojego miodu, Iwanie Carewiczu; w odpowiednim czasie ci się przydam." Zostawił miód i poszedł dalej. Potem spotkała go lwica z lwiątkiem. "Przynajmniej zjem to małe lwiątko; czuję taki głód, że aż mnie mdli." "Nie dotykaj go, Iwanie Carewiczu; w odpowiednim czasie ci się przydam." "No, niech będzie, jak mówisz." Poszedł dalej głodny; szedł i szedł, i oto stoi dom Baby-Jagi. Wokół domu stoi dwanaście pali; na jedenastu głowy ludzkie, a tylko jeden pal jest pusty.
"Witajcie, babciu!" "Witaj, Iwanie Carewiczu! Przyszedłeś z własnej dobrej woli czy z potrzeby?" "Przyszedłem zapracować u ciebie na bohaterskiego konia." "Bardzo dobrze, Carewiczu; nie trzeba służyć u mnie roku, a tylko trzy dni. Jeśli wypasiesz moje klacze, dam ci bohaterskiego konia; a jeśli nie, nie gniewaj się, twoja głowa będzie na ostatnim palu." Iwan Carewicz zgodził się. Baba-Jaga dała mu jeść i pić i kazała rozpocząć pracę. Gdy tylko wygnał klacze w pole, podniosły ogony i rozbiegły się wszystkie po łąkach. Carewicz nie zdążył oczami mrugnąć, a one już zniknęły. Wtedy zaczął płakać i smucić się; usiadł na kamieniu i zasnął. Słońce zachodziło, gdy ptak zza morza podleciał i obudził go. "Wstań, Iwanie Carewiczu; klacze są już w domu." Carewicz wstał i wrócił do domu, ale Baba-Jaga krzyczała i płakała na swoje klacze. "Czemu wróciłyście do domu?"
"Jak mogłyśmy nie wrócić, skoro ptaki z całego świata zleciały się i omal nie wydziobały nam oczu?" "No, jutro nie biegajcie po łąkach, tylko rozproszcie się po śpiącym lesie." Iwan Carewicz przespali noc; rano Baba-Jaga rzekła: "Uważaj, Carewiczu. Jeśli nie wypasiesz klaczy, jeśli choć jedną zgubisz, twoja bujna głowa będzie na palu." Wygnał klacze w pole. W tej chwili podniosły ogony i pobiegły przez śpiący las. Znowu Carewicz usiadł na kamieniu, płakał i płakał, potem zasnął. Słońce zaszło za lasem, gdy lwica przybiegła. "Wstań, Iwanie Carewiczu; klacze są spędzone." Iwan Carewicz wstał i poszedł do domu. Baba-Jaga krzyczała i płakała na swoje klacze bardziej niż przedtem. "Czemu wróciłyście do domu?" "Jak mogłyśmy nie wrócić? Dzikie zwierzęta z całego świata biegły na nas i omal nie rozszarpały nas na kawałki." "No, jutro biegnijcie do błękitnego morza." Iwan Carewicz przespali noc; następnego ranka Baba-Jaga posłała go paść klacze.
"Jeśli ich nie upilnujesz, twoja bujna głowa będzie na palu."

Wygnał klacze w pole; w tej chwili podniosły ogony i zniknęły z oczu, pobiegły do błękitnego morza i stanęły po szyję w wodzie. Iwan Carewicz usiadł na kamieniu, zapłakał i zasnął. Słońce zaszło za lasem, gdy podleciała pszczoła i rzekła: "Iwanie Carewiczu, klacze są spędzone. Ale gdy będziesz w domu, nie pokazuj się przed oczami Baby-Jagi; idź do stajni i ukryj się za żłobem. Na gnoju leży parszywe źrebiątko; ukradnij je, a o ciemnej północy opuść to miejsce." Iwan Carewicz wstał, przedostał się do stajni i położył za żłobem. Baba-Jaga krzyczała i płakała na swoje klacze: "Czemu wróciłyście do domu?" "Jak mogłyśmy nie wrócić do domu, skoro pszczoły, widziane i niewidziane, zleciały się z całego świata i zaczęły nas kąsać ze wszystkich stron, aż krew się polała!"
Baba-Jaga poszła spać, a tuż o północy Iwan Carewicz ukradł jej parszywe źrebiątko, osiodłał je, siadł na jego grzbiet i pogalopował do ognistej rzeki; gdy dotarł do rzeki, machnął chustą trzy razy w prawo, i nagle, skąd się wzięła, nad rzeką zawisł wysoki, wspaniały most. Carewicz przeprawił się po moście i machnął chustą w lewo tylko dwa razy, i nad rzeką został most bardzo, bardzo wąski.
Rano Baba-Jaga się obudziła; parszywego źrebięcia nie było. Baba-Jaga, na żelaznym moździerzu, popędziła w pościg z całym rozmachem, popychając się tłuczkiem i zacierając ślady miotłą. Pogalopowała do ognistej rzeki, spojrzała i pomyślała: "Most jest dobry." Wjechała na niego, a gdy dotarła do środka, most się załamał. Baba-Jaga runęła głową w dół do rzeki; tam spotkała ją dzika śmierć.
Iwan Carewicz karmił swoje źrebię na zielonych łąkach, a ono stało się cudownym koniem. Carewicz przybył do Marii Morewny; wybiegła mu naprzeciw i rzuciła mu się na szyję. "Jak cię Bóg przywrócił do życia?" "Tak i tak" — rzekł; "chodź ze mną." "Boję się, Iwanie Carewiczu. Jeśli Kościej znowu nas dogoni, będziesz posiekany na kawałki." "Nie, nie dogoni nas. Mam teraz chwalebnego bohaterskiego konia; leci jak ptak." Usiedli na konia i odjechali. Kościej Nieśmiertelny wracał do domu; pod nim potknął się jego koń. "Czemu się potykasz, głodny padliny, czy czujesz zło?" "Iwan Carewicz przybył i zabrał Marię Morewnę." "Czy możemy go dogonić?" "Bóg to wie! Teraz Iwan Carewicz ma bohaterskiego konia lepszego niż ja." "Nie mogę tego znieść" — rzekł Kościej Nieśmiertelny, "puszczę się w pogoń." Czy długo, czy krótko, dogonił Iwana Carewicza, skoczył na ziemię i chciał go ciąć ostrą szablą.
W tej chwili koń Iwana uderzył z całym rozmachem kopyta, roztrzaskał czaszkę Kościejowi. Carewicz dobił go maczugą. Potem ułożył stos drewna, rozpalił ogień, spalił Kościeja Nieśmiertelnego na ogniu i rozrzucił prochy na wiatr.
Maria Morewna wsiadła na konia Kościeja, a Iwan Carewicz na swojego.

Pojechali w odwiedziny do Kruka, potem do Orła, a na koniec do Sokoła; gdziekolwiek przybyli, witano ich radośnie. "Och, Iwanie Carewiczu, nie myśleliśmy, że cię zobaczymy! Nie na darmo się trudziłeś; drugiej takiej piękności jak Maria Morewna nie można by znaleźć, choćby się jej szukało po całym świecie." Pobawili się, ucztowali i wyruszyli do swojego królestwa; przybyli tam, zdobyli bogactwo i pili miód.

BokRobot
BokRobot brings together books and fairy tales to read and explore. Discover a growing collection, or create books and fairy tales of your own.