Wydanie do czytania BokRobot
Książki
Za darmoDary Mędrców
Dostosuj
Dolar i osiemdziesiąt siedem centów. Tyle właśnie miała. I sześćdziesiąt centów z tego w pensach. Pensy oszczędzane po jednym i po dwa, dzięki twardym negocjacjom z piekarzem, zieleniarzem i rzeźnikiem, aż policzki jej płonęły od niemej akusacji skąpstwa, jakie takie drobiazgowe targi sugerowały. Trzy razy Della przeliczyła tę sumę. Dolar i osiemdziesiąt siedem centów. A jutro miały być Boże Narodzenie.
Nie pozostawało nic innego, jak rzucić się na zniszczoną kanapkę i wyć. Tak też Della zrobiła. Co nasuwa myśl, że życie składa się z łez, pociągania nosem i uśmiechów, z przewagą pociągania nosem.
Podczas gdy pani domu stopniowo przechodziła z pierwszego etapu do drugiego, przyjrzyjmy się mieszkaniu. Umeblowane mieszkanie za osiem dolarów tygodniowo. Nie było ono wprawdzie całkiem nie do opisania, ale z pewnością miało to słowo na oku, wypatrując oddziału do walki z żebractwem.

W przedsionku na dole była skrzynka na listy, do której żaden list nie miał trafić, i przycisk dzwonka, z którego żaden śmiertelny palec nie mógł wydobyć dźwięku. Do tego przymocowana była tabliczka z nazwiskiem „Pan James Dillingham Young”.
„Dillingham” zostało rzucone na wiatr w dawnym okresie prosperity, gdy właściciel zarabiał trzydzieści dolarów tygodniowo. Teraz, gdy dochód skurczył się do dwudziestu dolarów, litery „Dillingham” wyglądały na zamazane, jakby poważnie rozważały skrócenie się do skromnego i bezpretensjonalnego D. Ale ilekroć pan James Dillingham Young wracał do domu i docierał do swojego mieszkania na górze, był wołany „Jim” i serdecznie przytulany przez panią James Dillingham Young, którą już przedstawiono wam jako Dellę. I to jest bardzo dobre.
# book_id: global-gutenberg-translation-a828403041504d348920603ffd2b3208
# book_title: Dary Mędrców
# chapter_id: 1-dary-medrcow
# chapter_title: Dary Mędrców
# book_page: 1 / 6
# chapter_page: 1
# language: pl
# content_format: markdown
# reading_structure: unknown
# render_mode: prose
Dolar i osiemdziesiąt siedem centów. Tyle właśnie miała. I sześćdziesiąt centów z tego w pensach. Pensy oszczędzane po jednym i po dwa, dzięki twardym negocjacjom z piekarzem, zieleniarzem i rzeźnikiem, aż policzki jej płonęły od niemej akusacji skąpstwa, jakie takie drobiazgowe targi sugerowały. Trzy razy Della przeliczyła tę sumę. Dolar i osiemdziesiąt siedem centów. A jutro miały być Boże Narodzenie.
Nie pozostawało nic innego, jak rzucić się na zniszczoną kanapkę i wyć. Tak też Della zrobiła. Co nasuwa myśl, że życie składa się z łez, pociągania nosem i uśmiechów, z przewagą pociągania nosem.
Podczas gdy pani domu stopniowo przechodziła z pierwszego etapu do drugiego, przyjrzyjmy się mieszkaniu. Umeblowane mieszkanie za osiem dolarów tygodniowo. Nie było ono wprawdzie całkiem nie do opisania, ale z pewnością miało to słowo na oku, wypatrując oddziału do walki z żebractwem.
W przedsionku na dole była skrzynka na listy, do której żaden list nie miał trafić, i przycisk dzwonka, z którego żaden śmiertelny palec nie mógł wydobyć dźwięku. Do tego przymocowana była tabliczka z nazwiskiem „Pan James Dillingham Young”.
„Dillingham” zostało rzucone na wiatr w dawnym okresie prosperity, gdy właściciel zarabiał trzydzieści dolarów tygodniowo. Teraz, gdy dochód skurczył się do dwudziestu dolarów, litery „Dillingham” wyglądały na zamazane, jakby poważnie rozważały skrócenie się do skromnego i bezpretensjonalnego D. Ale ilekroć pan James Dillingham Young wracał do domu i docierał do swojego mieszkania na górze, był wołany „Jim” i serdecznie przytulany przez panią James Dillingham Young, którą już przedstawiono wam jako Dellę. I to jest bardzo dobre.Della skończyła płakać i zajęła się policzkami za pomocą pudru. Stanęła przy oknie i patrzyła tępo na szarego kota spacerującego po szarym płocie na szarym podwórku. Jutro miał być dzień Bożego Narodzenia, a ona miała tylko dolara i osiemdziesiąt siedem centów na kupienie prezentu dla Jima. Przez miesiące oszczędzała każdy pens, ile mogła, z takim skutkiem. Dwadzieścia dolarów tygodniowo nie wystarcza na wiele. Wydatki były większe, niż obliczyła. Zawsze takie są. Tylko dolar i osiemdziesiąt siedem centów na prezent dla Jima. Jej Jima. Wiele szczęśliwych godzin spędziła, planując coś miłego dla niego. Coś wspaniałego, rzadkiego i wartościowego—coś, co byłoby choć trochę bliskie honorowi bycia własnością Jima.
Między oknami pokoju stało lustro filarowe. Być może widzieliście lustro filarowe w mieszkaniu za osiem dolarów. Bardzo szczupła i bardzo zwinna osoba może, obserwując swoje odbicie w szybkiej sekwencji podłużnych pasów, uzyskać dość dokładne wyobrażenie o swoim wyglądzie. Della, będąc szczupłą, opanowała tę sztukę.
Nagle odwróciła się od okna i stanęła przed lustrem. Jej oczy błyszczały, ale twarz straciła kolor w ciągu dwudziestu sekund. Szybko rozpuściła włosy i pozwoliła im opaść na pełną długość.
Otóż James Dillingham Youngowie mieli dwie rzeczy, z których oboje byli niezmiernie dumni. Jedną był złoty zegarek Jima, który należał do jego ojca i dziadka. Drugą były włosy Delli. Gdyby królowa Saby mieszkała w mieszkaniu przez szyb wentylacyjny, Della pewnego dnia wywiesiłaby włosy za okno, żeby wyschły, tylko po to, by zdezawuować klejnoty i dary Jej Wysokości. Gdyby król Salomon był dozorcą, z całym swoim skarbem piętrzącym się w piwnicy, Jim wyciągałby swój zegarek za każdym razem, gdy przechodził, tylko po to, by zobaczyć, jak tamten wyrywa sobie brodę z zazdrości.
Więc teraz piękne włosy Delli opadły na nią, falując i błyszcząc jak kaskada brązowych wód. Sięgały poniżej kolan i niemal tworzyły dla niej szatę. Potem znów je upięła nerwowo i szybko. Przez chwilę zawahała się i stała nieruchomo, gdy jedna lub dwie łzy spadły na wytarty czerwony dywan.
# book_id: global-gutenberg-translation-a828403041504d348920603ffd2b3208
# book_title: Dary Mędrców
# chapter_id: 1-dary-medrcow
# chapter_title: Dary Mędrców
# book_page: 2 / 6
# chapter_page: 2
# language: pl
# content_format: markdown
# reading_structure: unknown
# render_mode: prose
Della skończyła płakać i zajęła się policzkami za pomocą pudru. Stanęła przy oknie i patrzyła tępo na szarego kota spacerującego po szarym płocie na szarym podwórku. Jutro miał być dzień Bożego Narodzenia, a ona miała tylko dolara i osiemdziesiąt siedem centów na kupienie prezentu dla Jima. Przez miesiące oszczędzała każdy pens, ile mogła, z takim skutkiem. Dwadzieścia dolarów tygodniowo nie wystarcza na wiele. Wydatki były większe, niż obliczyła. Zawsze takie są. Tylko dolar i osiemdziesiąt siedem centów na prezent dla Jima. Jej Jima. Wiele szczęśliwych godzin spędziła, planując coś miłego dla niego. Coś wspaniałego, rzadkiego i wartościowego—coś, co byłoby choć trochę bliskie honorowi bycia własnością Jima.
Między oknami pokoju stało lustro filarowe. Być może widzieliście lustro filarowe w mieszkaniu za osiem dolarów. Bardzo szczupła i bardzo zwinna osoba może, obserwując swoje odbicie w szybkiej sekwencji podłużnych pasów, uzyskać dość dokładne wyobrażenie o swoim wyglądzie. Della, będąc szczupłą, opanowała tę sztukę.
Nagle odwróciła się od okna i stanęła przed lustrem. Jej oczy błyszczały, ale twarz straciła kolor w ciągu dwudziestu sekund. Szybko rozpuściła włosy i pozwoliła im opaść na pełną długość.
Otóż James Dillingham Youngowie mieli dwie rzeczy, z których oboje byli niezmiernie dumni. Jedną był złoty zegarek Jima, który należał do jego ojca i dziadka. Drugą były włosy Delli. Gdyby królowa Saby mieszkała w mieszkaniu przez szyb wentylacyjny, Della pewnego dnia wywiesiłaby włosy za okno, żeby wyschły, tylko po to, by zdezawuować klejnoty i dary Jej Wysokości. Gdyby król Salomon był dozorcą, z całym swoim skarbem piętrzącym się w piwnicy, Jim wyciągałby swój zegarek za każdym razem, gdy przechodził, tylko po to, by zobaczyć, jak tamten wyrywa sobie brodę z zazdrości.
Więc teraz piękne włosy Delli opadły na nią, falując i błyszcząc jak kaskada brązowych wód. Sięgały poniżej kolan i niemal tworzyły dla niej szatę. Potem znów je upięła nerwowo i szybko. Przez chwilę zawahała się i stała nieruchomo, gdy jedna lub dwie łzy spadły na wytarty czerwony dywan.Włożyła starą brązową kurtkę; włożyła stary brązowy kapelusz. Z furkoczeniem spódnicy i z wciąż błyszczącym blaskiem w oczach wyfrunęła przez drzwi i po schodach na ulicę.
Gdzie się zatrzymała, szyld głosił: „Mme. Sofronie. Artykuły Włosowe Wszelkiego Rodzaju”. Jedno piętro wyżej Della wbiegła i zebrała myśli, sapiąc. Madame, duża, zbyt biała, chłodna, ledwo odpowiadała imieniu „Sofronie”.
„Kupi pani moje włosy?” – zapytała Della.
„Kupuję włosy” – powiedziała Madame. – „Zdejmij kapelusz i pokaż, jak wyglądają”.
W dół popłynęła brązowa kaskada.
„Dwadzieścia dolarów” – powiedziała Madame, unosząc masę wprawną ręką.
„Daj mi szybko” – powiedziała Della.
Och, a potem dwie następne godziny minęły na różowych skrzydłach. Zapomnijcie o posiekanej metaforze. Przeczesywała sklepy w poszukiwaniu prezentu dla Jima.
Znalazła go w końcu. Na pewno był stworzony dla Jima i nikogo innego. Nie było podobnego w żadnym ze sklepów, a ona przetrzepała je wszystkie od deski do deski. Był to platynowy łańcuszek do zegarka, prosty i czysty w designie, właściwie ogłaszający swoją wartość substancją, a nie tandetną ornamentyką—jak powinny czynić wszystkie dobre rzeczy. Był nawet godny Zegarka.
Gdy tylko go zobaczyła, wiedziała, że musi być Jima. Był jak on. Spokój i wartość—ten opis pasował do obu. Wzięli od niej dwadzieścia jeden dolarów, a ona pospieszyła do domu z osiemdziesięcioma siedmioma centami. Z tym łańcuszkiem na zegarku Jim mógłby się właściwie niepokoić o czas w każdym towarzystwie. Choć zegarek był wspaniały, czasami spoglądał na niego ukradkiem z powodu starego skórzanego paska, którego używał zamiast łańcuszka.
Gdy Della dotarła do domu, jej upojenie ustąpiło nieco rozwadze i rozsądkowi. Wyciągnęła lokówki, zapaliła gaz i zabrała się do naprawiania zniszczeń wyrządzonych przez hojność połączoną z miłością. To zawsze ogromne zadanie, drodzy przyjaciele—kolosalne zadanie.

W ciągu czterdziestu minut jej głowę pokryły drobne, gęste loczki, przez które wyglądała zadziwiająco jak uciekający z lekcji uczeń. Długo, uważnie i krytycznie przyglądała się swojemu odbiciu w lustrze.
# book_id: global-gutenberg-translation-a828403041504d348920603ffd2b3208
# book_title: Dary Mędrców
# chapter_id: 1-dary-medrcow
# chapter_title: Dary Mędrców
# book_page: 3 / 6
# chapter_page: 3
# language: pl
# content_format: markdown
# reading_structure: unknown
# render_mode: prose
Włożyła starą brązową kurtkę; włożyła stary brązowy kapelusz. Z furkoczeniem spódnicy i z wciąż błyszczącym blaskiem w oczach wyfrunęła przez drzwi i po schodach na ulicę.
Gdzie się zatrzymała, szyld głosił: „Mme. Sofronie. Artykuły Włosowe Wszelkiego Rodzaju”. Jedno piętro wyżej Della wbiegła i zebrała myśli, sapiąc. Madame, duża, zbyt biała, chłodna, ledwo odpowiadała imieniu „Sofronie”.
„Kupi pani moje włosy?” – zapytała Della.
„Kupuję włosy” – powiedziała Madame. – „Zdejmij kapelusz i pokaż, jak wyglądają”.
W dół popłynęła brązowa kaskada.
„Dwadzieścia dolarów” – powiedziała Madame, unosząc masę wprawną ręką.
„Daj mi szybko” – powiedziała Della.
Och, a potem dwie następne godziny minęły na różowych skrzydłach. Zapomnijcie o posiekanej metaforze. Przeczesywała sklepy w poszukiwaniu prezentu dla Jima.
Znalazła go w końcu. Na pewno był stworzony dla Jima i nikogo innego. Nie było podobnego w żadnym ze sklepów, a ona przetrzepała je wszystkie od deski do deski. Był to platynowy łańcuszek do zegarka, prosty i czysty w designie, właściwie ogłaszający swoją wartość substancją, a nie tandetną ornamentyką—jak powinny czynić wszystkie dobre rzeczy. Był nawet godny Zegarka.
Gdy tylko go zobaczyła, wiedziała, że musi być Jima. Był jak on. Spokój i wartość—ten opis pasował do obu. Wzięli od niej dwadzieścia jeden dolarów, a ona pospieszyła do domu z osiemdziesięcioma siedmioma centami. Z tym łańcuszkiem na zegarku Jim mógłby się właściwie niepokoić o czas w każdym towarzystwie. Choć zegarek był wspaniały, czasami spoglądał na niego ukradkiem z powodu starego skórzanego paska, którego używał zamiast łańcuszka.
Gdy Della dotarła do domu, jej upojenie ustąpiło nieco rozwadze i rozsądkowi. Wyciągnęła lokówki, zapaliła gaz i zabrała się do naprawiania zniszczeń wyrządzonych przez hojność połączoną z miłością. To zawsze ogromne zadanie, drodzy przyjaciele—kolosalne zadanie.
W ciągu czterdziestu minut jej głowę pokryły drobne, gęste loczki, przez które wyglądała zadziwiająco jak uciekający z lekcji uczeń. Długo, uważnie i krytycznie przyglądała się swojemu odbiciu w lustrze.„Jeśli Jim mnie nie zabije” – powiedziała sobie – „zanim na mnie spojrzy drugi raz, powie, że wyglądam jak chórzystka z Coney Island. Ale co mogłam zrobić—och! co mogłam zrobić z dolarem i osiemdziesięcioma siedmioma centami?”
O siódmej kawa była zrobiona, a patelnia stała na tylnej części kuchenki, gorąca i gotowa do usmażenia kotletów.
Jim nigdy się nie spóźniał. Della złożyła łańcuszek w dłoni i usiadła na rogu stołu przy drzwiach, którymi zawsze wchodził. Potem usłyszała jego kroki na schodach, daleko na pierwszym piętrze, i zbladła na chwilę. Miała zwyczaj odmawiania cichych modlitw o najprostsze codzienne sprawy, a teraz szepnęła:
„Boże, spraw, żeby nadal myślał, że jestem ładna”.
Drzwi otworzyły się i Jim wszedł, zamykając je za sobą. Wyglądał na szczupłego i bardzo poważnego. Biedny chłopak, miał tylko dwadzieścia dwa lata—i być obarczonym rodziną! Potrzebował nowego płaszcza i nie miał rękawiczek.
Jim zatrzymał się przy drzwiach, nieruchomy jak wyżeł na zapach przepiórki. Jego oczy były utkwione w Deli, a był w nich wyraz, którego nie mogła odczytać, i to ją przeraziło. Nie był to gniew, ani zdziwienie, ani dezaprobata, ani przerażenie, ani żadne z uczuć, na które była przygotowana. Po prostu patrzył na nią nieruchomo z tym dziwnym wyrazem twarzy.
Della ześlizgnęła się ze stołu i podeszła do niego.
„Jimie, kochanie” – krzyknęła – „nie patrz tak na mnie. Obcięłam włosy i sprzedałam je, bo nie przeżyłabym Bożego Narodzenia bez podarowania ci prezentu. Odrosną—nie będziesz miał nic przeciwko, prawda? Musiałam to zrobić. Moje włosy rosną okropnie szybko. Powiedz ‚Wesołych Świąt!’ Jimie, i bądźmy szczęśliwi. Nie wiesz, jaki ładny—jaki piękny, miły prezent mam dla ciebie”.
„Obcięłaś włosy?” – zapytał Jim z trudem, jakby jeszcze nie dotarł do tej oczywistej prawdy nawet po największym wysiłku umysłowym.
„Obcięłam i sprzedałam” – powiedziała Della. – „Czy nie lubisz mnie tak samo, jak jestem? Jestem sobą bez włosów, prawda?”
Jim rozejrzał się po pokoju z zaciekawieniem.
„Mówisz, że twoje włosy zniknęły?” – powiedział z niemal idiotycznym wyrazem twarzy.
# book_id: global-gutenberg-translation-a828403041504d348920603ffd2b3208
# book_title: Dary Mędrców
# chapter_id: 1-dary-medrcow
# chapter_title: Dary Mędrców
# book_page: 4 / 6
# chapter_page: 4
# language: pl
# content_format: markdown
# reading_structure: unknown
# render_mode: prose
„Jeśli Jim mnie nie zabije” – powiedziała sobie – „zanim na mnie spojrzy drugi raz, powie, że wyglądam jak chórzystka z Coney Island. Ale co mogłam zrobić—och! co mogłam zrobić z dolarem i osiemdziesięcioma siedmioma centami?”
O siódmej kawa była zrobiona, a patelnia stała na tylnej części kuchenki, gorąca i gotowa do usmażenia kotletów.
Jim nigdy się nie spóźniał. Della złożyła łańcuszek w dłoni i usiadła na rogu stołu przy drzwiach, którymi zawsze wchodził. Potem usłyszała jego kroki na schodach, daleko na pierwszym piętrze, i zbladła na chwilę. Miała zwyczaj odmawiania cichych modlitw o najprostsze codzienne sprawy, a teraz szepnęła:
„Boże, spraw, żeby nadal myślał, że jestem ładna”.
Drzwi otworzyły się i Jim wszedł, zamykając je za sobą. Wyglądał na szczupłego i bardzo poważnego. Biedny chłopak, miał tylko dwadzieścia dwa lata—i być obarczonym rodziną! Potrzebował nowego płaszcza i nie miał rękawiczek.
Jim zatrzymał się przy drzwiach, nieruchomy jak wyżeł na zapach przepiórki. Jego oczy były utkwione w Deli, a był w nich wyraz, którego nie mogła odczytać, i to ją przeraziło. Nie był to gniew, ani zdziwienie, ani dezaprobata, ani przerażenie, ani żadne z uczuć, na które była przygotowana. Po prostu patrzył na nią nieruchomo z tym dziwnym wyrazem twarzy.
Della ześlizgnęła się ze stołu i podeszła do niego.
„Jimie, kochanie” – krzyknęła – „nie patrz tak na mnie. Obcięłam włosy i sprzedałam je, bo nie przeżyłabym Bożego Narodzenia bez podarowania ci prezentu. Odrosną—nie będziesz miał nic przeciwko, prawda? Musiałam to zrobić. Moje włosy rosną okropnie szybko. Powiedz ‚Wesołych Świąt!’ Jimie, i bądźmy szczęśliwi. Nie wiesz, jaki ładny—jaki piękny, miły prezent mam dla ciebie”.
„Obcięłaś włosy?” – zapytał Jim z trudem, jakby jeszcze nie dotarł do tej oczywistej prawdy nawet po największym wysiłku umysłowym.
„Obcięłam i sprzedałam” – powiedziała Della. – „Czy nie lubisz mnie tak samo, jak jestem? Jestem sobą bez włosów, prawda?”
Jim rozejrzał się po pokoju z zaciekawieniem.
„Mówisz, że twoje włosy zniknęły?” – powiedział z niemal idiotycznym wyrazem twarzy.„Nie musisz ich szukać” – powiedziała Della. – „Sprzedane, mówię ci—sprzedane i zniknięte. To Wigilia, chłopcze. Bądź dla mnie dobry, bo to dla ciebie je sprzedałam. Może włosy mojej głowy są policzone” – mówiła dalej z nagłą poważną słodyczą – „ale nikt nigdy nie zliczy mojej miłości do ciebie. Mam włożyć kotlety, Jimie?”
Z transu Jim zdawał się szybko budzić. Objął swoją Dellę. Przez dziesięć sekund przyjrzyjmy się dyskretnie jakiemuś nieistotnemu przedmiotowi w innym kierunku. Osiem dolarów tygodniowo czy milion rocznie—jaka to różnica? Matematyk albo dowcipniś dałby ci złą odpowiedź. Mędrcy przynieśli cenne dary, ale to nie było wśród nich. To mroczne stwierdzenie zostanie wyjaśnione później.
Jim wyciągnął paczkę z kieszeni płaszcza i rzucił ją na stół.
„Nie myl się co do mnie, Dell” – powiedział. – „Nie sądzę, żeby cokolwiek w rodzaju strzyżenia czy golenia, czy mycia głowy mogło sprawić, że mniej lubię moją dziewczynę. Ale jeśli rozpakujesz tę paczkę, zobaczysz, dlaczego na chwilę mnie zbiłaś z tropu”.
Białe i zwinne palce rozerwały sznurek i papier. A potem ekstatyczny krzyk radości; a potem, niestety! szybka kobieca zmiana w histeryczne łzy i zawodzenie, wymagające natychmiastowego użycia wszystkich pocieszających mocy pana mieszkania.
Bo tam leżały grzebienie—komplet grzebieni, boczny i do tyłu, które Della ubóstwiała od dawna w oknie na Broadwayu. Piękne grzebienie, czysta żółwia skorupa, z wysadzanymi kamieniami brzegami—dokładnie taki odcień, by nosić je we włosach, które pięknie zniknęły. Były drogie grzebienie, wiedziała, a jej serce po prostu pragnęło ich i tęskniło za nimi bez cienia nadziei na posiadanie. A teraz były jej, ale sploty, które miały zdobić te pożądane ozdoby, odeszły.
Ale przytuliła je do piersi i w końcu mogła podnieść wzrok z mętnymi oczami i uśmiechem i powiedzieć: „Moje włosy rosną tak szybko, Jimie!”
A potem Della podskoczyła jak mały oparzony kot i krzyknęła: „Och, och!”
Jim nie widział jeszcze swojego pięknego prezentu. Podała mu go z zapałem na otwartej dłoni. Matowy szlachetny metal zdawał się błyszczeć odbiciem jej jasnego i żarliwego ducha.
# book_id: global-gutenberg-translation-a828403041504d348920603ffd2b3208
# book_title: Dary Mędrców
# chapter_id: 1-dary-medrcow
# chapter_title: Dary Mędrców
# book_page: 5 / 6
# chapter_page: 5
# language: pl
# content_format: markdown
# reading_structure: unknown
# render_mode: prose
„Nie musisz ich szukać” – powiedziała Della. – „Sprzedane, mówię ci—sprzedane i zniknięte. To Wigilia, chłopcze. Bądź dla mnie dobry, bo to dla ciebie je sprzedałam. Może włosy mojej głowy są policzone” – mówiła dalej z nagłą poważną słodyczą – „ale nikt nigdy nie zliczy mojej miłości do ciebie. Mam włożyć kotlety, Jimie?”
Z transu Jim zdawał się szybko budzić. Objął swoją Dellę. Przez dziesięć sekund przyjrzyjmy się dyskretnie jakiemuś nieistotnemu przedmiotowi w innym kierunku. Osiem dolarów tygodniowo czy milion rocznie—jaka to różnica? Matematyk albo dowcipniś dałby ci złą odpowiedź. Mędrcy przynieśli cenne dary, ale to nie było wśród nich. To mroczne stwierdzenie zostanie wyjaśnione później.
Jim wyciągnął paczkę z kieszeni płaszcza i rzucił ją na stół.
„Nie myl się co do mnie, Dell” – powiedział. – „Nie sądzę, żeby cokolwiek w rodzaju strzyżenia czy golenia, czy mycia głowy mogło sprawić, że mniej lubię moją dziewczynę. Ale jeśli rozpakujesz tę paczkę, zobaczysz, dlaczego na chwilę mnie zbiłaś z tropu”.
Białe i zwinne palce rozerwały sznurek i papier. A potem ekstatyczny krzyk radości; a potem, niestety! szybka kobieca zmiana w histeryczne łzy i zawodzenie, wymagające natychmiastowego użycia wszystkich pocieszających mocy pana mieszkania.
Bo tam leżały grzebienie—komplet grzebieni, boczny i do tyłu, które Della ubóstwiała od dawna w oknie na Broadwayu. Piękne grzebienie, czysta żółwia skorupa, z wysadzanymi kamieniami brzegami—dokładnie taki odcień, by nosić je we włosach, które pięknie zniknęły. Były drogie grzebienie, wiedziała, a jej serce po prostu pragnęło ich i tęskniło za nimi bez cienia nadziei na posiadanie. A teraz były jej, ale sploty, które miały zdobić te pożądane ozdoby, odeszły.
Ale przytuliła je do piersi i w końcu mogła podnieść wzrok z mętnymi oczami i uśmiechem i powiedzieć: „Moje włosy rosną tak szybko, Jimie!”
A potem Della podskoczyła jak mały oparzony kot i krzyknęła: „Och, och!”
Jim nie widział jeszcze swojego pięknego prezentu. Podała mu go z zapałem na otwartej dłoni. Matowy szlachetny metal zdawał się błyszczeć odbiciem jej jasnego i żarliwego ducha.„Czy to nie wspaniałe, Jimie? Szukałam po całym mieście, żeby to znaleźć. Teraz będziesz musiał patrzeć na czas sto razy dziennie. Daj mi swój zegarek. Chcę zobaczyć, jak to na nim wygląda”.
Zamiast być posłusznym, Jim zwalił się na kanapę, założył ręce pod tył głowy i uśmiechnął się.

„Dell” – powiedział – „schowajmy nasze świąteczne prezenty i zachowajmy je na chwilę. Są zbyt ładne, żeby ich teraz używać. Sprzedałem zegarek, żeby zdobyć pieniądze na kupienie twoich grzebieni. A teraz, może włożysz kotlety”.
Mędrcy, jak wiecie, byli mądrymi ludźmi—cudownie mądrymi ludźmi—którzy przynieśli dary Dziecięciu w żłobie. To oni wynaleźli sztukę dawania świątecznych prezentów. Będąc mądrymi, ich dary były niewątpliwie mądre, możliwie niosące przywilej wymiany w razie duplikatu. I tutaj opowiedziałem wam niezdarnie kronikę bez wydarzeń dwojga głupich dzieci w mieszkaniu, które bardzo niemądrze poświęciły dla siebie największe skarby swojego domu. Ale w ostatnim słowie do mądrych tych czasów powiedzmy, że ze wszystkich, którzy dają dary, tych dwoje było najmądrzejszych. Ze wszystkich, którzy dają i otrzymują dary, tacy jak oni są najmądrzejsi. Wszędzie są najmądrzejsi. To oni są Mędrcami.
# book_id: global-gutenberg-translation-a828403041504d348920603ffd2b3208
# book_title: Dary Mędrców
# chapter_id: 1-dary-medrcow
# chapter_title: Dary Mędrców
# book_page: 6 / 6
# chapter_page: 6
# language: pl
# content_format: markdown
# reading_structure: unknown
# render_mode: prose
„Czy to nie wspaniałe, Jimie? Szukałam po całym mieście, żeby to znaleźć. Teraz będziesz musiał patrzeć na czas sto razy dziennie. Daj mi swój zegarek. Chcę zobaczyć, jak to na nim wygląda”.
Zamiast być posłusznym, Jim zwalił się na kanapę, założył ręce pod tył głowy i uśmiechnął się.
„Dell” – powiedział – „schowajmy nasze świąteczne prezenty i zachowajmy je na chwilę. Są zbyt ładne, żeby ich teraz używać. Sprzedałem zegarek, żeby zdobyć pieniądze na kupienie twoich grzebieni. A teraz, może włożysz kotlety”.
Mędrcy, jak wiecie, byli mądrymi ludźmi—cudownie mądrymi ludźmi—którzy przynieśli dary Dziecięciu w żłobie. To oni wynaleźli sztukę dawania świątecznych prezentów. Będąc mądrymi, ich dary były niewątpliwie mądre, możliwie niosące przywilej wymiany w razie duplikatu. I tutaj opowiedziałem wam niezdarnie kronikę bez wydarzeń dwojga głupich dzieci w mieszkaniu, które bardzo niemądrze poświęciły dla siebie największe skarby swojego domu. Ale w ostatnim słowie do mądrych tych czasów powiedzmy, że ze wszystkich, którzy dają dary, tych dwoje było najmądrzejszych. Ze wszystkich, którzy dają i otrzymują dary, tacy jak oni są najmądrzejsi. Wszędzie są najmądrzejsi. To oni są Mędrcami.
BokRobot
BokRobot brings together books and fairy tales to read and explore. Discover a growing collection, or create books and fairy tales of your own.